Zwierzenia ateisty
Informacje o wpisie.
Opublikowano 23 grudnia 2007 o 01:34:21 w kategoriach: Osobiste.
Prócz narzekania na komercjalizację najbliższych świąt, zauważyłem też na Joggerze notki o znacznie ciekawszym motywie przewodnim: opowieści o swoim odejściu od religii i przejściu na ateizm. Ponieważ podobno też jestem ateistą, wpasuję się do tej konwencji i krótko opiszę swoją historię.
Podobnie jak Michał, urodziłem się w rodzinie „wierzącej niepraktykującej” (znaczy rodzice mają zdaje się wszystkie sakramenty poza ślubem kościelnym; mama chodzi do kościoła 11 listopada, ale raczej z pobudek patriotycznych niż religijnych), moje imię zaczyna się na literkę „m” a ważę więcej niż przeciętny homo sapiens rodzaju męskiego w moim wieku i o moim wzroście. Jednak moi rodzice to całkiem mądrzy ludzie i stwierdzili, że jak będę dorosły, sam, świadomie, wybiorę wiarę, którą będę chciał wyznawać. Z tego powodu jestem nieochrzczony. Innych sakramentów nie przyjąłem ze względu na niespełnione zależności.
W przedszkolu lekcje katechezy chyba były. Nie pamiętam nic z tym związanego z tamtego okresu.
W podstawówce, gdy reszta klasy udawała się na zajęcia z religii, ja szedłem w przeciwnym kierunku – do szkolnej świetlicy. Różne rzeczy tam robiłem, nie jest to ważne. Nie przypominam sobie żadnego incydentu szykanowania mnie przez inne dzieci z powodu mojego braku wiary.
Podczas uczęszczania do szkoły podstawowej dziecko jest w wieku, który pozwala mu przystąpić do pierwszej komunii świętej. Sakrament ten postrzegany jest raczej jako rywalizacja o to, kto otrzyma najlepszy prezent, zaś przeżycie duchowe schodzi na dalszy plan (zresztą trudno oczekiwać, żeby ośmioletnie dziecko dokładnie zrozumiało wagę tego wydarzenia). Gdy mój, o trzy lata starszy, brat miał osiem lat, rodzice postawili sprawę jasno – inne dzieci dostają prezenty na komunię, a oni nie chcą, byśmy czuli się pokrzywdzeni czy wyobcowani, więc również dadzą nam pewne upominki. Tata zrobił mi wtedy w piwnicy armatę, której drewniane pociski idealnie nadawały się do rozbijania nadciągających batalionów wrogich żołnierzyków z plastiku. Była to jedna z moich ulubionych zabawek w tamtym okresie.
W gimnazjum było trochę inaczej, gdyż świetlicy szkolnej nie było, a religia oczywiście była pomiędzy innymi zajęciami lekcyjnymi. Ponieważ do domu daleko nie miałem (zalety mieszkania w niewielkiej miejscowości), w ciepłe dni zazwyczaj tam właśnie się udawałem. W dni chłodniejsze siedziałem na religii. Ksiądz uczący w gimnazjum nie był fanatykiem, łatwo więc poszedł na kompromis: będę na jego lekcjach, jednak tak, jakby mnie nie było. Siadałem więc i np. odrabiałem prace domowe z innych przedmiotów. Ja nie przeszkadzałem w lekcji ani księdzu ani innym uczniom, ode mnie nie wymagano umysłowego uczestniczenia w zajęciach. System ten sprawdzał się wcale dobrze, gdyż z gimnazjum również nie przypominam sobie żadnych incydentów ze mną i religią w roli głównej.
Mniej więcej w trzeciej klasie zacząłem zyskiwać jakąśtam świadomość religijną, odkrywając np. agnostycyzm.
Ostatnim, trwającym do dziś, okresem mojej edukacji jest liceum. Ponieważ wspomnienia z tego okresu są świeższe, każdej klasie poświęcę jeden akapit.
Podczas pierwszego roku ponownie trafiłem na jakiegoś niestereotypowego księdza, gdyż nie był on fanatykiem i nie postawił sobie za punkt honoru nawrócenia mnie na jedyną słuszną drogę. Pamiętam, że gdy na pierwszej lekcji pytał, kto do jakiej parafii przynależy, odpowiedziałem, że żadnej, i chociaż zostałem wychowany raczej jako ateista, obecnie skłaniam się w stronę agnostycyzmu; notabene wykazałem tym największą wiedzę na temat religii w ogóle, spośród wszystkich uczniów. Taktykę podjąłem podobną do tej z gimnazjum i ponownie sprawdziła się ona. Czasami ksiądz pytał mnie o mój punkt widzenia na jakieś sprawy, jednak nie było w tym żadnego podstępu i chęci ośmieszenia. Podobno lubił ze mną rozmawiać, gdyż jako jedyny w klasie miałem cokolwiek do powiedzenia.
W drugiej klasie księdzu coś się stało i nie mógł uczyć religii. Najpierw chyba odbył podróż do Ziemi Świętej, a później ciężko zachorował na gardło. Gdyby to kogoś interesowało, z Bożą pomocą nic poważnego mu się nie przydarzyło i powrócił do nauczania rok później. Tymczasem jednak w mojej historii uczęszczam do klasy drugiej, a religii naucza ksiądz Roman (podobieństwo imion z Wielkim Edukatorem raczej nieprzypadkowe). On jedyny ze wszystkich księży, których spotkałem, wstawiał do dziennika jedynki. Jego twarde metody nauczania (czyt. uczniowie mieli zachowywać się tak, jak na innych lekcjach; nie było śpiewania na ocenę piosenek o tematyce religijnej) oraz sześciostopniowa (której wprowadzenie na religii było szokiem dla przynajmniej części uczniów) skala oceniania doprowadziły do kategorycznego bojkotu. Uczniowie zdecydowali z premedytacją nie wykonywać poleceń nauczyciela, co skutkowało ocenami niedostatecznymi. Mnie też się kilka dostało, co było zresztą niezgodne z prawem (na lekcje religii uczęszczałem, gdyż obowiązywał zakaz opuszczania szkoły podczas zajęć, a świetlicą szkoła nie dysponowała, ale miałem pozostać nieoceniany) i obeszło mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Notabene szkoda mi było tego księdza, gdyż nie był głupi i jestem przekonany, że był skory do dyskusji. Od swoich dyskutantów jednak wymagał pewnego przygotowania merytorycznego oraz przynajmniej minimalnej kultury osobistej. Niestety, w mojej klasie nie znalazł nikogo, kto takiemu opisowi by odpowiadał. W innych klasach prawdopodobnie też nie.
Niestety, ksiądz ten nie był chętny do kompromisu, który świetnie się sprawował w poprzednich latach. Stąd raz wyrzucił mnie z klasy, gdy postanowiłem zająć się znacznie bardziej praktyczną matematyką. Pamiętam również pewną zabawną sytuację z tamtych lekcji, którą przytoczę poniżej.
Ksiądz każdemu podał wydruk listu z forum internetowego i polecił napisać odpowiedź. Wydruk zawierał treść, którą znaleźć można na jednym z miliona forów dla nastolatków. Zająłem się oglądaniem cząsteczek kurzu, które opadały na ławkę. Na kilka minut przed końcem, gdy konicznym było przeczytanie swoich wypocin, zdałem sobie sprawę, że jako jedyny nic jeszcze nie napisałem. Kierowany konformizmem wyciągnąłem jakąś zabazgraną kartkę i napisałem:
„Człowiek jest czymś, co pokonanem być musi.”
— „Tako Rzecze Zaratustra”, Fryderyk Nietzsche
Nagrodzony zostałem oceną niedostateczną, co zresztą bawiło mnie jakiś czas.
Koniec końców promowany zostałem do klasy maturalnej. Religii naucza poprzedni, znany z pierwszej klasy, ksiądz, zaś ocena z tego przedmiotu zostanie wliczona do średniej. Tego przedmiotu lub etyki, chociaż Konstytucja zapewnia mi wolność nieudzielania komukolwiek informacji na temat mojej (nie)wiary. W związku z tym o 11:15 opuszczam budynek Liceum, by wrócić doń o 15:00 na zajęcia etyki. W międzyczasie z religii zrezygnował jeszcze jeden kolega z klasy, wraz z którym (oraz kilkoma osobami z innych klas) odsiaduję swoje po godzinach. Co ciekawe, jedyna opinia pozostałych uczniów, jaką można usłyszeć, brzmi: nie opłaca mi się nie chodzić na religię i przychodzić do szkoły o 15. Tak więc przynajmniej dla osób, z którymi rozmawiałem, wiara podporządkowana jest utylitaryzmowi.
Tak wygląda historia moich stosunków z religią rzymskokatolicką mniej więcej od chwili narodzin do dzisiaj. Celowo nie poruszam tematu swojej „religijności” w ogóle, gdyż wymagałby on dogłębnych przemyśleń. Tymczasem zaś moją głowę zaprzątają znacznie bardziej przyziemne zagadnienia i problemy.
Komentarze
zahaczyłeś o ciekawy temat, co skłoniło mnie do zastanowienia, że w gruncie rzeczy ludzie niewierzący wiedzą więcej o religii chrześcijańskiej, niż jej gorliwi wyznawcy. nie jestem pewna, czy wynika to z hołdowania starej maksymie „znaj swojego wroga”, czy też po prostu z ludzkiej przyzwoitości, która nakazuje poznać coś, zanim się kategorycznie stwierdzi, że się to odrzuca.
Wielka szkoda, że w Polsce „religia” znaczy tyle samo co „katolicyzm”.
Kościół katolicki jedynie zniechęca do wiary ludzi, którzy zamiast zainterować się innymi spojrzeniami na chrześcijaństwo, wolą całkowicie dać sobie z tym spokój lub stać się „wierzącym niepraktykującym”, co jest absurdem. Ja nie chodzę do kościoła, bo nic mi to nie daje. Nie uznaję katolickich zasad i dogmatów, tylko biblijne (patrz: protestantyzm). Nie nazwał bym siebie jednak „wierzącym niepraktykującym”, bo praktyka nie odbywa się w kościele, czy na lekcjach religii, a w życiu codziennym.
Ja uwierzę w Boga tylko kiedy będę mógł zobaczyć lub dotknąć ;)
Albo zaliczę sesję zimową bo bez nadprzyrodzonej pomocy to kiepsko to widzę :P
Ach, Blackmore napisałaby o memie ateistycznym krążącym w internecie ;). Ja się przezornie wstrzymuję od wpisów o tematyce okołoświątecznej w ogóle.
@manowce: nie wszyscy niewierzący i nie od wszystkich gorliwych wyznawców.
A powoduje to, moim zdaniem, zwykła ciekawość świata, która IMHO niewiele ma wspólnego z wyznawaniem lub niewyznawaniem religii.
Ciekawa historia :)