Subiektywnie: rok 2007 w muzyce
Informacje o wpisie.
Opublikowano 27 grudnia 2007 o 13:19:53 w kategoriach: Słowo usłyszane.
Zbliża się koniec roku kalendarzowego, w związku z czym kolejne blogi zalewane są wpisami podsumowującymi. Jedni napiszą co im w tym roku się osiągnąć udało, a czego – z planowanych lub podjętych rzeczy – nie. Inni napiszą listę rzeczy, które chcieliby osiągnąć w nadchodzącym roku. Ktoś napisze, ile kilogramów i siwych włosów mu przybyło. Wpasowując się w tę konwencję, również ja piszę notkę podsumowującą. Nie będzie jednak osobiście, gdyż zająć chciałbym się albumami, które zostały wydane w powoli upływającym roku. Przyjąłem konwencję pisania o albumach w kolejności chronologicznej i jedynie tych wykonawców, których poprzednie dokonania znałem i od czasu do czasu słuchałem (stąd też na listę nie załapały się: nowy album Sonata Arctica, wcale niezły debiut płytowy [ i ] – Przedpisk –, Homoxymoronomatura, którą przesłuchałem tylko ze względu na sentyment do Paktofoniki, oraz kilka innych, o których po prostu nie mam ochoty pisać). Ostrzegam, że opinie będą krótkie, chaotyczne, tendencyjne i pisane przez pryzmat poprzednich albumów danego wykonawcy. Ale nic to, tragedię czas zacząć.
Clap Your Hands Say Yeah - Some Loud Thunder
Jest to drugi album indiowej kapeli ze Wschodniego Wybrzeża, której głównym znakiem rozpoznawczym jest niewyraźnie mówiący wokalista. Pierwszy bardzo przypadł mi do gustu, gdyż oferował chwytliwą linię melodyczną oraz nierymujące się wersy. Drugi jest inny – brudniejszy, że tak powiem. Szybszy. Bardziej niejednorodny. Jako elementy muzyki użyte zostały szumy i trzaski. Wokalista nie poprawił swojej dykcji, jednak teraz dodatkowo czasem gada pod nosem coś, co z pewnością nie jest słowami. Pierwsze wrażenie było bardzo negatywne – przypominało raczej dokonanie grupy, która całkiem słusznie nigdy nie nagrała niczego dla nikogo poza ścianami garażu. Spowodowało to odłożenie albumu na czas bliżej nieokreślony. Gdy w końcu postarałem się przemóc i dać mu drugą szansę, było lepiej. Na chwilę obecną potrafię już słuchać bez bólu w uszach, ale dalej poprzedni album stawiam wyżej.
Arcade Fire - Neon Bible
Z drugim albumem tej kanadyjskiej kapeli wiązałem bardzo duże nadzieje. Poprzedni long-play był esencją piękna muzyki nieklasycznej i niewzorującej się na klasycznej. Oryginalny, spójny ale zróżnicowany, wywołujący specyficzny klimat – słowem bardzo dobry. Do tego do dziś kojarzy mi się z bardzo przyjemną przeszłością. Przed drugim albumem wysoko powiesiłem poprzeczkę, i od razu muszę powiedzieć, że nie udało mu się jej przeskoczyć. Ten album jest inny, nie ma w nim prawie nic z urzekającej naiwności pierwszego. Jest doskonale dopracowany od strony muzycznej, bardziej dojrzały i bezpośredni od strony lirycznej, ale brak mu tego „czegoś”.
The Rakes - Ten New Messages
Grabki odkryłem kiedyśtam zupełnie przypadkiem. Nie jest to kapela, którą usłyszeć można w radiu czy TV. Pierwszy album oferował prosty melodycznie, trochę głośny rock, i plasował się gdzieś między „przeciętnym” a „dobym”. Drugi album jest bardzo podobny. Trochę cichszy, bardziej wpadający w ucho, rozpoczynający się utworem o rozbrajającej nazwie The World Was a Mess But His Hair Was Perfect. Do tego kawałek Suspicious Eyes zawiera zwrotkę pani o bardzo ładnym głosie. Słowem – nic, co zasługuje na miano wybitnego i nic, co mogłoby być modne. Co nie znaczy, że złe.
Maxïmo Park - Our Earthly Pleasures
Kolejna młoda kapela rockowa, powstała na początku wieku na fali post punk revival czy innego stworu, wyróżniająca się spośród masy innych nazwą pisaną przez „i” z dwiema kropkami. Nie było mi dane słyszeć pierwszego albumu, za to album zawierający „B-Sides And Rarities” oferował m.in. wyjątkowo wpadające w ucho Apply Some Pressure. Wspomniany album zaliczyć można do tej samej grupy co dokonania Grabek – nic specjalnego, ale posłuchać można. Tymczasem o najnowszym long-play'u dowiedziałem się z teledysku na którymś z programów muzycznych (co zdarza się równie często co zaćmienie Słońca), podczas oglądania którego notabene przekonany byłem, że właśnie Grabki wydały nowy album (jak się okazało, wydały, ale troche wcześniej). Singiel do którego nakręcono teledysk, czyli Our Velocity, został zresztą wyróżniony trafiając do ścieżki dźwiękowej Project Gotham Racing 4. Wyróżniony całkiem słusznie, gdyż drugi pełnoprawny long-play Maximo Park w niczym nie przypomina poprzednich dokonań kapeli – jest dynamiczny, dopracowany od strony dźwiękowej i wpadający w ucho; na myśl przywodzi również bardzo dobry drugi album Killersów. Nowoczesny rock 'n' roll na najwyższym światowym poziomie – jeden z najlepszych albumów roku.
Porcupine Tree - Fear Of A Blank Planet
Diabeł wie który już album Jeżozwierzy. U Hamburgerożerców wydany w moje 18. urodziny. Nie znam ich kompletnej dyskografii, stąd nie ocenię przez pryzmat całości. Niemiej ich muzyka zawsze kojarzyła mi się z pięknymi, długimi wstawkami instrumentalnymi oraz lekko sarkastycznymi, czasami subtelnymi a czasami bardzo bezpośrednimi, tekstami. Jedne albumy bardziej skupiały się na tym, inne na innym, elemencie. Przez pewien okres życia słuchałem ich nad wyraz dużo. Okres ten, niestety, skończył się zanim wydany został najnowszy album, stąd też najmłodsze ich dzieło nie wzbudziło we mnie niesamowitej dawki entuzjazmu. Album, podobnie jak np. The Sky Moves Sideways, zawiera niewiele utworów – zaledwie 6. Najmłodsze dziecko Jeżozwierzy jest wyśrodkowane – usłyszeć można zarówno długie wstawki dźwiękowe (np. Anesthetize) jak i dość sarkastyczną ocenę rzeczywistości w dynamicznym, przywodzącym na myśl poprzednią płytę, utworze tytułowym (My friend says he wants to die \ He’s in a band \ They sound like Pearl Jam \ The clothes are all black \ The music is crap
). Nie jest to zły album, brak w nim jednak jakiegoś uroku, który przykuwał mnie do poprzednich płyt na długie godziny. Albo po prostu gdzieś ulotnił się afekt, który żywiłem do tej kapeli.
Arctic Monkeys - Favourite Worst Nighmare
Arktyczne Małpy podobno są przykładem, iż możliwym jest zdobycie niemałej popularności zaczynając od profilu na MySpace. Nie wiem, nie zaglądam na MySpace, a samą kapelę odkryłem nie-pamiętam-jak-i-kiedy. Niemniej po wtargnięciu na pierwsze miejsca list przebojów i roku przerwy, Małpy powróciły by znów namieszać na rynku fonograficznym. Pierwszy album był szybki, dynamiczny i głośny, chociaż nie zawsze. Drugi jest szybszy, dynamiczniejszy i głośniejszy, do tego jakby bardziej utrzymany w jednej konwencji. Małp przez pewien okres czasu słuchałem na okrągło, później zapomniałem, by po sprawieniu sobie Neostrady bez okazji, zajrzeć na główną stronę Świątyni Wszelkiego Zła (TPSA) i odkryć teledysk do singla zwiastującego nową płytę. Singiel był inny, zdecydowanie nie pasował do obrazu Małp, jaki miałem w umyśle. Cały album był inny, a wspomniany singiel został najczęściej przeze mnie słuchanym utworem. Wydaje mi się, że młody, acz dojrzały, rock z Wysp nie trafia do mnie już tak, jak drzewiej. Na uwagę zasługuje fakt, że Małpy postanowiły zrobić mi prezent, wydając album w dzień poprzedzający moje urodziny.
The White Stripes - Icky Thump
Białe Paski małżeństwa Białych to jeden z najbardziej successfulnych zespołów rockowych przełomu wieków. Ich dyskografię znam tylko z 3., 5. i najnowszego – 6. – albumu, z czego właściwie tylko ten pierwszy przypadł mi do gustu. Oferował generalnie proste utwory rockowe, zabarwione odrobiną country. Tymczasem Icky Thump nie oferuje żadnego z wymienionych – również tutaj wykonawcy zdecydowali się użyć brutalnych przerwań błogiej ciszy, szumów, trzasków i elektroniki. Może i jest to na swój sposób wizjonerskie, ale do mnie zupełnie nie trafia. Wolę prosty rock w wykonaniu The Raconteurs.
Architecture in Helsinki - Places Like This
Architecture in Helsinki, jak sama nazwa wskazuje, jest indie-popową kapelą z Australii. Dwa poprzednie albumy były do siebie podobne do tego stopnia, że mam je w zwyczaju słuchać jako całości. Proste, urzekająco naiwne dźwięki okraszone tekstami o niczym i miłości – tak krótko można scharakteryzować poprzednie long-play'e. Do tego dochodziła grająca pierwsze skrzypce wokalistka. Tymczasem po pierwszym przesłuchaniu, całkiem krótkiej, trzeciej płyty dłuższą chwilę nie wierzyłem, że słuchałem właśnie Architektury w Helsinkach. Sprawdzenie w różnych źródłach wykazało jednak, że uruchomiłem dobry album, czemu do dzisiaj nie daję całej wiary. Jest on skrajnie niepodobny do dwóch pierwszych płyt. Piękna wokalistka ustąpiła miejsca jakiemuś przedstawicielowi płci brzydszej, stanowiąc teraz back-wokal. Relaksujące i napawające optymizmem dźwięki przeróżnych instrumentów, których nie potrafię wymienić z nazwy, ustąpiły miejsca agresywnym dźwiękom syntetyzatora. Teksty o niczym i miłości ustąpiły miejsca tekstom o niczym. Album jest znacznie bardziej elektroniczny. Moim zdaniem gorszy.
The Liars - Liars
Łgarze powrócili ze swoim czwartym, self-titled, albumem. Co prawda ja wyraźnie widzę napis STUMM 287 na okładce, ale skoro nawet na płycie zapisana jest informacja, że album jest self-titled, niech tak będzie. Liarsi nigdy nie zachwycali jakością dźwięku, jakby celowo ją pogarszając. Pierwszy album był mocno rapowy za wyjątkiem ostatniego, blisko półgodzinnego, utworu, który zwiastował kierunek, w który będzie ewoluowała muzyka tercetu. Drugi był mroczniejszy, bardziej złowieszczy (zwłaszcza Hold Hands And It Will Happen Anyway). Trzeci był majstersztykiem muzyki zepsucia i zła. Drugorzędny, zawodzący, jakby odległy wokal, nienachalna gitara, bęben żywcem wyjęty z magicznych obrzędów bardzo odległego ludu kanibalów oraz tajemniczo brzmiące instrumenty – wszystko to wpływało na klimat jakiegoś rytuału, którego zakończenie z pewnością nie mogło przynieść nic dobrego. A mimo to był zbyt pociągający, by tak po prostu krzyknąć „nie” i przerwać... Prócz tego Łgarzy charakteryzowały przydługie i absurdalno-poważne tytuły utworów, które nie miały nic wspólnego z ich treścią. Trio, kontynuując konwencję braku wszelkiego podobieństwa między kolejnymi albumami, zerwało ze szczytną tradycją nazewnictwa utworów. Czwarty long-play jest jakby bardziej mainstreamowy. Rozpoczyna się wręcz heavy-metalowo, by później się trochę uspokoić. Sailing To Byzantium czy Protection kojarzyć się mogą z poprzednim albumem, w Cycle Time gościnnie głosu użyczył ktoś z zaprzyjaźnionej kapeli TV On The Radio. Jest głośniej, mniej złowieszczo, mniej tajemniczo, wg mnie gorzej, ale przede wszystkim inaczej. Czyli standardowo.
Babyshambles - Shotter's Nation
Pete Doherty jest bohaterem okładek brytyjskich tabloidów, a w wolnych chwilach wokalistą i liderem punkowej formacji Babyshambles. Zarówno skandale jak i „panka” lubił już wcześniej, tworząc z Carlem Barâtem duet The Libertines (w gruncie rzeczy był to kwartet, ale z dwoma wokalistami). Była to zresztą formacja niezwykle udana, definiująca jak należy grać muzykę punk w blisko cztery dekady po jej śmierci. O najnowszym dziecku Doherty'ego oczywiście nikt mi nie powiedział, a przypadkiem dowiedziałem się o nim jakoś w połowie grudnia. Z tego względu albumu nie przesłuchałem wystarczającą ilość razy, by móc go odpowiednio ocenić. Ale nic to. Dalej jest dynamicznie, szybko, wpadająco w ucho i z charakterystycznym wokalem. Kolejny raz tytuł jednego z utworów jest wyraźnym odwołaniem do tytułu utworu z poprzedniej płyty – po Królu i Katie tym razem padło na Poranek w inaugracyjnym Carry On Up The Morning. Niestety wyraźna jest tendencja spadkowa w bezpośredniości, sarkastyczności i subtelności tekstów – praktycznie żaden z utworów nie szokuje tak, jak miały w zwyczaju dokonania Libertinesów. Szkoda. Słychać, że Doherty stara się eksperymentować z dźwiękami, nieprzywiązując należytej wagi do warstwy lirycznej. Mówiąc krótko: najnowszy album Rzezi Niewiniątek jest dobry, ale bodaj najgorszy w dorobku Doherty'ego.
Koniec Świata - Burgerbar
Jedyny polski akcent na mojej liście. Burgerbar to czwarty w historii album ska-reggea'owej kapeli z Katowic, ale drugi, który miałem okazję usłyszeć. Wydane dwa lata wcześniej Kino Mockba oferowało radosne, urzekające granie i – chyba tylko w mojej opinii – punkowe teksty o rzeczywistości, którą trzeba zmienić, oraz bohaterach rewolucji, która z pewnością nadejdzie. Było to wręcz groteskowe, ale przypadło mi do gustu na tyle, że przez jakiś czas nie wyobrażałem sobie dnia bez przynajmniej jednokrotnego przesłuchania tego albumu. Miejski Burgerbar dalej oferuje radosne granie, jednak strona tekstowa jest wyraźnie dojrzalsza. Long-play podsumować można dwoma zdaniami: „trafna ocena rzeczywistości” oraz „jest chujowo, ale nic to”. Bijący z albumu wręcz niepoprawny optymizm czyni go odpowiednim na długie, zimowe wieczory. Zwłaszcza, że polska muzyka nigdy nie grzeszyła wygórowanymi cenami.
Coheed & Cambria - Good Apollo I'm Burning Star IV Vol. 2: No World For Tomorrow
Ostatnim albumem, który przykuł moją uwagę w tym roku, jest czwarta i zarazem ostatnia (chronologicznie) część Bag.On.Line Adventures, które w międzyczasie zmieniło nazwę na Amory Wars, w wykonaniu nowojorskiej kapeli progresywnej Coheed & Cambria. Gdy zaczynałem ich słuchać, urzekła mnie przede wszystkim idea opowiedzenia jednej historii na pięciu albumach, czyli album koncepcyjny (najbardziej znanym jest bodaj Mur Floydów) rozciągnięty na kilka płyt. Do tego pierwsza część czwartego tomu o przydługim tytule From Fear Through the Eyes of Madness, oferowała kilka dość osobistych przeżyć, chociaż nie udało jej się pobić trzeciego tomu pod innymi względami. Jak na tym tle prezentuje się ostatnia część cyklu? Powiem krótko: beznadziejnie. Na tyle okropnie, że do tej pory album przesłuchałem może z trzy razy. Niejednokrotnie wśród znajomych słyszałem opinię, że wokalista ma pedalski głos
, jednak przeszkadza mi to tylko na tym albumie. Strona muzyczna nie oferuje mocnego uderzenia jak poprzednia część. Strona liryczna jest skrajnie monotonna. Album ratuje tylko patetyczne The End Complete I: The Fall of House Atlantic. Jednak to i dawny afekt to zbyt mało, by pozytywnie ocenić całość. Jest on przykładem, jakie niebezpieczeństwa czyhają na takie długoterminowe projekty – mam wrażenie, że zespół po prostu się znudził i chętniej zająłby się czymś nowym.
Na koniec tego przydługiego wpisu, wypada jakoś podsumować mijający rok. Był to przede wszystkim rok zmian – prawie wszystkie zespoły zmieniły swój styl, prawie wszystkie na gorsze moim skromnym zdaniem. Oczywiście należy się zmieniać, jednak kierunek, który obrano, zazwyczaj nie jest tym, którego się spodziewałem.
A już w przyszłym roku nowy Ayreon, nowi Curesi i być może wreszcie nowy Rancid. Zapowiada się znacznie lepiej.
Komentarze
A Korpiklaani – Tervaskanto?! ;))
babyshambles nie grają punka. grają cokolwiek, tylko nie punk. zabawne jest też określenie „rapowy” co do debiutu liars.
ogółem rzecz biorąc jest to ciekawie napisana lista, z którą się zupełnie nie zgadzam. liars wydali najgorszy album w ich karierze. arcade fire pokazali, że przy debiucie po prostu mieli fuksa. poza tym, coheed & cambria? jedyna ich zaleta w tym, że teraz gra z nimi były perkusista dillinger escape plan.
„No World For Tomorrow” jest słabszy niż „From Fear Through The Eyes Of Madness” ale w mojej opinii nie jest beznadziejny. Wg mnie najlepszy jest początek – delikatny wstęp przechodzi w mocny utwór tytułowy. Potem jest już słabiej, ale w dalszym ciągu słuchanie sprawia wielką przyjemność.
A „pedalski głos” Sancheza? Koleś śpiewa wysoko, bardzo emocjonalnie, wciela się w różne postaci (jak to na koncept albumach) zmieniając nieco barwę głosu – dla mnie jest zajebistym wokalistą. Także na tym albumie. Wolę śpiew Claudio niż 99,99% growlingu.
Karlos:
Zgadzam się o tyle, że również większości growlu nie trawię.
Ponadto początek poprzedniego albumu (mocniejsze uderzenie w ,,Welcome Home”) mnie się bardziej podobał.