Jogger Minia

Strona w permanentnej budowie.

Cormac McCarthy — Droga

Informacje o wpisie.

Opublikowano 11 kwietnia 2008 o 13:42:18 w kategoriach: Słowo przeczytane.

0 komentarzy; Góra strony.

Trackback; Poprzedni wpis; Następny wpis.

Jak mówi sam autor, Droga to prosta opowieść o ojcu i synie. Jest to twierdzenie o tyle przewrotne, że wspomniana powieść ma wszelkie predyspozycje do zostania umieszczoną obok Procesu Kafki czy Dżumy Camus — a to za sprawą uniwersalności i dowolności interpretacji.

Droga przedstawia postapokaliptyczną wizję świata. Wszystko pokryte jest popiołem, bohaterowie mijają niejedno pogorzelisko. Dawne, teraz opustoszałe, siedliska ludzkie wypełnione są stertami śmieci i zostały skwapliwie ogołocone z dosłownie każdego nadającego się do użytku przedmiotu, z jedzeniem na czele. Fauna wymarła, flora wyginęła niemal doszczętnie. Nieliczni przedstawiciele homo sapiens, którzy przetrwali katastrofę, prowadzą koczowniczy tryb życia, właściwie bez celu przemieszczając się z jednego miejsca na drugie. Wszelki altruizm wymarł wraz z człowiekiem — martwych i nieudolnych się zjada.

W świecie tym, dla którego, wydaje się, zgasła ostatnia iskra nadziei, znajdują się bezimienni mężczyzna i jego syn. Podróżują na południe ponieważ zbliża się zima, której na terenach bardziej wysuniętych na północ by nie przetrwali.

Książka opisuje tę podróż.

Robi to w sposób nad wyraz oszczędny, wręcz ascetyczny (ale tylko w małej części aforystyczny!). Autor nie sili się na wyszukane porównania czy rozwlekłe metonimie — opisy są dosadne i doszczętnie wyprane z wszelkiego nacechowania emocjami. Podobne są, wyjątkowo krótkie i rzadkie, dialogi pomiędzy postaciami. Sprawiać ma to wrażenie, że język umarł wraz ze wszystkim innym: nie mówi się już, gdy nie ma o czym mówić.

Objawia się w tym serdecznie ironiczne podejście autora do swojego dzieła, gdyż w rzeczywistości książka porusza ogromną ilość tematów, w tym te najważniejsze. Imperatyw kategoryczny każe mi w tym miejscu ostrzec, że dalsza część wpisu swobodnie czerpie z treści książki, w tym zakończenia; wszyscy którzy mają dopiero zamiar ją przeczytać, w tej chwili powinni zaprzestać lekturę wpisu: kontynuują na własną odpowiedzialność.

Osoba ojca reprezentuje ludzkie dążenie do szczęścia, osobistość. Jest to człowiek starszy, więc i doświadczony — ma w swojej pamięci kilka szczęśliwych chwil, o których wie, że już nie wrócą: głównie związanych z matką dziecka. Mężczyzna ten stara się walczyć z ucieczką przed okrutną rzeczywistością w świat marzeń i wspomnień. Nieludzkim wysiłkiem woli stawia zasadę rzeczywistości nad zasadą przyjemności — wie, że zwycięstwo tej drugiej oznaczałoby śmierć dla chłopca, którego kocha. Miłość tę traktuje jako swój obowiązek, ale bynajmniej nie przykry.

Chłopiec z kolei jest ucieleśnieniem wyzucia się z osobistości na rzecz ideałów i pewnych zasad moralnych. Wykazuje się nadzwyczajną dojrzałością w konfrontacji swych reguł z rzeczywistością — śmierć uważa za lepszą niż życie ze świadomością sprzeniewierzenia się swojej moralności. Posługując się frazesami, swoją osobą materializuje on młodzieńczy ideał romantyczny. Nie przychodzi mu to jednak bynajmniej z łatwością — sprawia wrażenie przygnębionego, gdy zdaje sobie sprawę, że jego ojciec nie jest wcale święty; więcej — w gruncie rzeczy nie różni się od pozostałych ludzi-kanibali, czyli jest gotowy poświęcić drugiego człowieka, byleby przeżyć.

Autor daje w ten sposób do zrozumienia, że nie istnieje idealna droga do szczęścia. Wychodzi nawet poza subiektywizm każący każdemu znaleźć własną drogę do szczęścia — twierdzi raczej, że cierpienie jest immanentną cechą egzystencji i nie da się przeżyć życia nie zaznając nieszczęść.

Zdecydowałem się mówić ogólnie o postawach bohaterów, jednak ślepi interpretatorzy z łatwością okrzykną książkę apologią jednego tylko z przedstawionych nurtów życiowych, powołując się na starannie wybrane fragmenty, nie musząc przy tym przemilczać co niewygodniejszych zdań. W tym tkwi ogromna siła tej powieści.

Stawiając książkę obok wspomnianych we wstępie powieści Camusa i Kafki, nie sposób nie powiedzieć o zasadniczej czesze je różniącej — zakończeniu. Podczas gdy u XX-wiecznych pisarzy było ono raczej pesymistyczne i przygnębiające (acz polemizować można nad Kafką; vide Fromm), tak u McCarthyego jest ono wprost optymistyczne. Po śmierci ojca do lamentującego chłopca podchodzi obcy mężczyzna i proponuje mu przyłączenie się do grupy, z którą podróżuje. Jest to grupa „dobrych ludzi”, niekanibali. Koniecznym jest zwrócenie uwagi na słowa weterana: Był spór, czy w ogóle iść za wami. (...) Nie mam pojęcia, jak udało się wam dotrzeć aż tak daleko. Sugerują one, że „dobrzy ludzie” od jakiegoś czasu — a może nawet od początku! — podążali za parą. Ujawnienie tego faktu w zakończeniu oznaczać może, że w życiu — ostatecznie — człowiekowi jest dobrze. Symbolicznie zaś odczytane być może jako spełnienie się chłopca — jedynym, co przeszkadzało mu w byciu dobrym (podążaniu za swoimi zasadami), był ojciec, który nie przestrzegał wpajanych synowi zasad.

Oczywiście to nie wszystko. Zupełnie ciekawe są też rozmowy ze starcem, obecne trochę za połową książki, a mogące być rozpatrywane zupełnie niezależnie od całości dzieła.

Nie mogę również przemilczeć kilku, rozsianych po książce, niezwykle inspirujących do przemyśleń sentencji; żeby zacytować tylko Pytanie: Czym różnie się to, czego nigdy nie będzie, od tego, czego nigdy nie było?.

Trudno jest zakończyć przemyślenia o „Drodze”, gdyż można je ciągnąć i ciągnąć, bynajmniej nie popadając przy tym w znudzenie; jeszcze trudniej skonstatować je jakoś, a to ze względu na bogactwo interpretacji. Zakończę więc krótko: polecam.

Komentarze

Poniższy formularz służy do wysyłania komentarzy. O ich strukturę i prezentację dba Markdown.

Komentarze stanowią wyłączną własność autorów, choćby zaznaczono inaczej. Również autorom przysługuje wyłączne prawo do ich modyfikacji.

Autor zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy.

Śledzenie wątku: