Jogger Minia

Strona w permanentnej budowie.

Henryk Ibsen — Peer Gynt

Informacje o wpisie.

Opublikowano 05 czerwca 2008 o 12:49:04 w kategoriach: Słowo przeczytane.

3 komentarze; Góra strony.

Trackback; Poprzedni wpis; Następny wpis.

Peerem Gyntem pierwszy raz spotkałem się blisko rok temu podczas lektury Niech się stanie człowiek Ericha Fromma. Tytuł zapadł mi w pamięć, chociaż we wspomnianej książce poświęcone mu są dosłownie trzy akapity gdzieś w połowie. Kilka miesięcy polowałem nań na Allegro (notabene posiadam bardzo ładne wydanie, niestety pozbawione jakichkolwiek przypisów), by parę tygodni po zakupie przekonać się, że lokalna biblioteka cały czas dysponowała kopią.

Peer Gynt jest dziełem wybitnego norweskiego dramatopisarza kilku epok, Henryka Ibsena. Posługując się etykietkami, mającymi na celu wspomożenie czytelnika w umiejscowieniu dramatu w czasie i nadanie choćby ogólnego poglądu na treści, których może się on spodziewać, napiszę: jest to dramat romantyczny, o czym świadczą postaci fantastyczne (np. Głos, ptaki, krople rosy), nawiązania do tradycji i wierzeń ludowych (podjadki), w założeniu trudności z wystawieniem na deskach teatru (np. scena z tonącym okrętem) czy choćby otwarte zakończenie (ostatnie wersy sugerują, że losy głównego bohatera nie zostały zakończone). Podczas lektury nie sposób nie zauważyć podobieństw do Kordiana Słowackiego (np. monolog Peera na szczycie góry, jego podróże po świecie, relacje z kobietą zakochaną w bogactwie a nie bohaterze czy koneksje z podopiecznymi szpitala psychiatrycznego); Ibsen być może inspirował się polskim dziełem, czego dowodem mógłby być fakt, iż napisał je blisko trzy dekady później. Nie wiem jednak czy tak było w rzeczywistości czy też stworzył je niezależnie, natchniony duchem epoki.

Głównym, tytułowym bohaterem jest Peer Gynt. Czytelnik poznaje go jako młodego, blisko dwudziestoletniego mężczyznę; żegna zaś jako osiemdziesięcioletniego, ale wciąż jarego staruszka. Peer ma opinię bajarza, mocnego w gębie i przypisującego sobie niestworzone zasługi. Jest tym samym przedmiotem drwin i niechęci wieśniaków, co bardzo wyraźnie widać w scenie wesela — kobiety, widząc nieproszonego gościa, postanawiają całkowicie go ignorować. Jedyną osobą trzymającą jego stronę niezależnie od sytuacji jest matka, reprezentująca typowo matczyną postawę — chociaż złorzeczy i narzeka na syna, chociaż wyzywa od nierobów i wyrzuca kiepską sytuację materialną (będącą kiedyś na przyzwoitym poziomie, ale stale się pogarszającą od śmierci ojca Peera), broni jego imienia wśród ludzi i grozi tym, którzy chcieliby przetrzepać skórę jej synowi. Sam Peer nieszczególnie przejmuje się swoją złą opinią, jest dumny i ambitny — za cel stawia sobie zostanie Cesarzem gdzieś na świecie. Jak się okaże, koleje życia zaprowadzą go dalej niż niejednego z tych, co z niego szydzili.

Pod tym względem prominentny jest akt czwarty, przedstawiający Piotra starzejącego się, ale będącego w sile wieku. W aż nazbyt rozwlekły sposób autor przedstawia przemiany, którym ulega bohater — od handlarza niewolników, przez proroka w którymś z pustynnych krajów, po cesarza — z tym jednym zastrzeżeniem, iż Cesarza w kairskim domu wariatów. Za wyjątkiem ostatniego, wątkom tym nie będę poświęcał więcej uwagi — głównie dlatego, iż pozwalają się zbagatelizować bez wielkiej szkody dla interpretacji całości. Koniecznie jednak należy zwrócić uwagę na fakt, iż w chwili każdej przemiany Peer w pełni identyfikował się ze swoją nową rolą, uznawał że w danej profesji znajdzie siebie i osiągnie swą pełnię.

W tym miejscu chciałbym poświęcić kilka słów już dwukrotnie wspomnianej scenie w domu dla psychicznie chorych. Peer, po udzieleniu Begriffenfeldowi (dyrektorowi rzeczonego przybytku) odpowiedzi na zagadkę Sfinksa, zostaje przez niego zaprowadzony do klubu uczonych. Dopiero na miejscu okazuje się, czym on faktycznie jest. Peer jest przerażony konfrontacją swojej wizji z rzeczywistością; Begriffenfeld oznajmia:

Rozum absolutny opuścił te kraje —
Zmarł wczoraj wieczorem punctum o godzinie
Jedenastej.

Dalej w krótkim monologu przedstawia konsekwencje tego przewrotu: jego dotychczasowi podopieczni stali się geniuszami lub, w najgorszym wypadku, ludźmi normalnymi, cała reszta zaś wariatami — oczywiście z punktu widzenia nowego porządku. Autor w dosadny sposób prezentuje relatywizm i zmienność ludzkich opinii — zdrowym jest ten, kto w powszechnej opinii członków danej społeczności jest uważany za zdrowego (tutaj warto ponownie spojrzeć do Słowackiego — tam to wariaci byli przekonani o swoim zdrowiu psychicznym!). Uważam za zbędne dalsze kontynuowanie tej myśli, gdyż każdy czytelnik samodzielnie powinien potrafić ją rozwinąć. Peer-odgadywacz zagadek swoją rolę wśród obłąkanych ograniczyć musiał do rozwiązywania ich problemów. Przedstawione postaci narzekały na fakt, że nie są sobą — patrząc jednak obiektywnie, szemrały one raczej, iż nie osiągnęły swojego ideału — nierzadko zbyt wygórowanego lub wręcz absurdalnego.

Pozostawiając z boku powyższą dygresję o tej niezwykle ciekawej i podatnej na interpretację scenie, czas najwyższy rzec kilka słów o głównej problematyce utworu, do rozważań nad którą pretekstem są zawarte wydarzenia — kwestii „bycia sobą”. Mam nadzieję nie muszę dodawać, że dalsze akapity przedstawiają pewną interpretację treści i jako takie są czytane na odpowiedzialność czytelnika.

Zakończenie ujawnia, że jedną z kluczowych dla całości jest scena z drugiego aktu — Peer Gynt w zamku Rondenu prosi króla podjadków (hybryd zwierzęco-ludzkich) o rękę jego córki. Poddany zostaje kilku testom mającym na celu zweryfikowanie, czy jest odpowiednim kandydatem na wliczenie w poczet podjadków, bez czego nie mógłby ubiegać się o rękę rzeczonej córki; w tym celu musi spożyć pokarm podjadków, zdjąć spodnie a przywdziać ogon oraz dać sobie wykoleć oczy — przekonywany, że to strój i pożywienie a nie przekonania i odczucia czynią podjadka. Jak się okaże w finale, chociaż Peer odmówił poddania się ostatniej zmianie (zranieniu narządów optycznych), nie szata zdobi człowieka — istotne jest zachowanie. To zaś, w opinii podjadkowych publicystów, Peer reprezentował zupełnie nieadekwatne do rasy, do której należał. Albowiem ludzi od podjadków różni drobny szczegół, imperatyw każdej z nacji. W usta władcy Rondenu autor włożył słowa:

Tam, w promieniach słońca,
Mówią: „Człowieku, bądź sobą!”
(...) zaś przy naszym żłobie
Prawi się mądrze: „A ty wystarcz sobie!”

Wiele minut poświęciłem próbom dogłębnego zrozumienia tej subtelnej, trudnej do uchwycenia różnicy. Ostatecznie zgodziłem się na stwierdzenie, że „bycie sobą” jest tożsame z osiągnięciem swej pełni, ciągłym wzrostem i rozwojem, podczas gdy „poprzestawanie na sobie” oznaczać miałoby znużenie, brak ambicji, poprzestawanie na tym co się ma i czym się stało — w opozycji do dążenia, by mieć więcej; zrezygnowane zadowalanie się tym, co pozwala się z siebie uczynić, zamiast bezwzględnego hartowania siebie na drodze do ideału. Jest to jednak bardzo wymyślna interpretacja, z trudem dająca się pogodzić z inną, która przyszła mi na myśl znacznie wcześniej — mianowicie że cechą ludzi jest istnienie dla innych, że swoją pełnię osiągają oni w altruizmie i życiu zgodnym z instynktem stadnym, podczas gdy podjadki żyją w sobie i dla siebie. Podejrzewam, że właśnie ta druga interpretacja jest bliższa temu, co chciał przekazać autor. Świadczą o tym fakt, że wcześniej ją sformułowałem (co oznacza również, że moja jest bardziej wymyślona, bardziej dopasowana), oraz inne, dowolnie wybrane wersety — żeby zacytować tylko odpowiedź Odlewacza Guzików zapytanego, co to znaczy być sobą: «Unicestwić siebie». Przy okazji — przytoczony wers doskonale daje się dopasować do będących na pograniczu naukowości i mistycyzmu poglądów Fromma; nie powinno więc dziwić, że właśnie z jego książki dowiedziałem się o omawianym dramacie. Niestety, jakkolwiek jestem świadom kruchości pierwszej przedstawionej interpretacji, jest ona jedyną, jaką jestem w stanie zaakceptować.

Ibsen w Peerze Gyncie zawarł również bardzo ciekawe i oryginalne podejście do kwestii Sądu Ostatecznego. Ludzie, ze względu na swoją wolną wolę, są w stanie nie być sobą. Chociaż brzmi to paradoksalnie, chodzi tutaj o osiągnięcie własnej pełni, którą każdemu przeznaczył Stwórca — o zrealizowanie swojego potencjału. Taki właśnie zarzut został postawiony Peerowi Gyntowi — jakkolwiek wielokrotnie był on przekonany, że robi to co było mu pisane, nigdy nawet nie otarł się o samego siebie, co w dzień Zielonych Świątek dotkliwie uzmysłowiły mu spersonifikowane możliwości. Teoria autora daje się interpretować z dwóch perspektyw — po pierwsze istnienia absolutnego wyznacznika tego, czym powinien być człowiek; po wtóre wykazanej w teorii psychoanalizy nieświadomej części psychiki, z id na czele. Niezależnie od tego, którą przyjąć, uwydatnia się kolejny problemat dramatu — że sam człowiek może być dla siebie niewiadomą, zagadką, łamigłówką do rozwiązania. Chociaż sama kwestia nie jest nowa (wystarczy spojrzeć, co sugerował napis nad wejściem do wyroczni w Delfach), jest poważnym ciosem zadanym ego i jego despotycznym zapędom.

W metafizyce Ibsena ludzie tacy jak Peer po śmierci spotykają wspomnianego Odlewacza Guzików. Zabiera on wszystkie nieudane dusze, które nie wypełniły swego powołania, i przetapia je na nowe. Autor posługuje się metaforą odlewania guzików — nawet gdy tworowi brakuje uszka i przez to większego zastosowania w praktyce, wcale nie ujmuje to materiałowi, z którego został wykonany — i dzięki temu nadaje się do przetopienia i później ponownego stworzenia guzika, być może bardziej udanego.

Oczywiście autor nie ograniczył się do przedstawienia tylko tego elementu swojej teorii bytu. Zadbał również o naszkicowanie innych dróg, którymi podążać mogą zmarli. Tak więc ludzie „będący sobą”, znaczy czujący i wypełniający swoimi czynami boską wolę (lub też osiągający swoją pełnię, jak ja wolę to rozumieć), trafiają do nieba; piekło zaś przeznaczone jest jedynie grzesznikom dużego kalibru. W finale czort stara się uzmysłowić Peerowi, jak niewiele warte są jego grzechy — albowiem wyznanie ich nie wzbudziło w bohaterze żadnych namiętności, wszystkie potraktował on z nieosobistą obojętnością. Dialog Peera z wysłannikiem piekieł doskonale potwierdza tezę, że to działanie świadczy o tym, czym kto jest — a Piotr Gynt nie czuł się tożsamy ze swoimi czynami, w głębi duszy oddzielił je od swojego ego. Poruszając wątek diabła, nie sposób nie dodać kilku słów o jego roli w peergyntowskim uniwersum. Stosowne męczarnie piekielne (polewanie kwasami, gotowanie w smole, nad wyraz chętne uciekanie się do wszystkiego, co ma związek z siarką) okazują się niczym więcej, jak procesem wywoływania pozytywu z negatywu podczas tworzenia fotografii; nie sposób również nie zauważyć podobieństwa diabła do Goetheowskiego Mefistofelesa, obecnego również w motcie Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa.

Jak napisałem, Peerowi Gyntowi przeznaczone było trafić do tygla Odlewacza Guzików. Jednakże cios ten — stracenie własnego siebie — był dla niego zbyt duży — większy niż był w stanie przyjąć. W związku z tym wdał się w pertraktacje z wykonawcą wyroków Najwyższego. Gdy Peer, po nieudanej próbie uzyskania atestu że całe życie był sobą, dowiaduje się o możliwości trafienia do piekła, postanawia przekonać Odlewacza, że tam właśnie jest jego miejsce (jest to znamienne dla profilu psychologicznego bohatera — woli on piekielne męczarnie niż utratę własnej jaźni!). Napotkany diabeł jednak nie tylko beszta bohatera, że ten zawraca mu głowę nic nie wartymi grzechami, ale także wtajemnicza go w istotę swojej profesji. Następnie zaś żegna, oznajmiając że udaje się po ciężkiego grzesznika, w każdej godzinie zapewniającego że jest sobą, Peera Gynta. Bohater podaje biesowi fałszywą informację o położeniu poszukiwanego, po czym cieszy się z wyprowadzenia diabła w pole. Zrozumienie zachowania Peera stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie, wszak on sam przed spotkaniem z szatanem pragnął oddać się w jego ręce. Jedyne sensowne wytłumaczenie, jakie udało mi się znaleźć, mówi że Peer nie chciał iść do piekła, z którego wyjdzie odmieniony — spodziewał się raczej wiecznych katuszy, jednak ze świadomością zachowania własnego „ja”.

Po drugiej nieudanej próbie wymknięcia się Odlewaczowi Guzików, wyrok na Peera Gynta wydaje się być przypieczętowany. W ostatniej chwili bohater dostrzega światełko w chacie oraz śpiew kobiety. Okazują się one dochodzić z jego domu, w którym rezyduje luba Solwejga. Peer widzi w niej nadzieję na uzyskanie, z jakiegoś powodu wciąż pożądanej, listy grzechów. Jednak Odlewacz go reflektuje: Pomyśl o swym domu!; dopełniając dotychczasowe informacje o profilu psychologicznym bohatera, na podstawie omawianego fragmentu napiszę, iż jest on skrajnym egoistą, w innych ludziach widzącym jedynie środki do realizacji swoich celów. W ostatniej scenie Peer Gynt domaga się od Solwejgi oskarżeń, jednak ku swojemu zdziwieniu zamiast nich spotyka się nie tylko z przebaczeniem, ale wręcz wdzięcznością. Dodatkowo ujawnia ona, gdzie znajdowało się powołanie oblubieńca: w jej Nadziei, Miłości i Wierze. Z chwilą zakończenia dramatu, Odlewacz Guzików odracza wykonanie wyroku.

Wymieniona wyżej Solwejga u czytelnika, który nie zapoznał się z treścią dramatu, a z jakiegoś powodu doczytał tak daleko, wywołać mogła pewne zakłopotanie, w związku z czym śpieszę z chociażby krótkim wyjaśnieniem. Wprowadzona zostaje ona w scenie wesela w pierwszym akcie, i od razu spotyka się z nieodwzajemnionym zainteresowaniem ze strony Peera. Jakkolwiek nie znosi egoizmu bohatera, z jakiegos powodu w trzecim akcie decyduje się związać z nim na resztę życia. Tuż po tym wydarzeniu na scenę wkracza córka króla podjadków oznajmiająca swoje prawa do Peergyntowskiego uczucia — realizowane one być miały przy pomocy jakiegoś czaru, zmuszającego Peera do pieszczenia wspomnianej córki za każdym razem, gdy będzie się oddawał miłosnym uniesieniom z Solwejgą. Bohater, nie mogąc dopuścić, by niewinność płaciła, decyduje się wyjechać, pozostawiając ukochaną czekającą przez długie lata. Ponowne spotkanie kochanków nastąpi dopiero w opisanym już zakończeniu.

Scena ta, będąca centralną całego dramatu, jest dośc łatwa w interpretacji. Najpełniej wyraża ją powiedzenie „nie ma róży bez kolców” — każde szczęśliwe wydarzenie związane jest z mniej przyjemnymi przeżyciami, w związku z czym próżne jest szukanie szczęścia absolutnego. Taki błąd popełnił Peer Gynt, skupiając się na negatywnych aspektach tego, co się wydarzyło, a ignorując pozytywne, i w efekcie odrzucając to, co było mu pisane.

Warto również, przez pryzmat omawianej sceny, spojrzeć na przedstawione wcześniej marzenia i ambicje głównego bohatera. Peer Gynt chciał być wielkim człowiekiem, Cesarzem — nie satysfakcjonowało go więc spędzenie życia w domku w lesie u boku kochającej kobiety. Autor, traktując historię Peera jako przestrogę, zdaje się doradzać pewną wstrzemięźliwość w obieraniu celów; sugerować, że czasami lepiej poprzestać na małym; że nie warto poświęcać tego co jest dla tego, co nigdy nie będzie — co nie może być.

Listę watków, które chciałem poruszyć w tym eseju, zamykam postacią Krzywego. Również ona sprawiła mi niemałe problemy w interpretacji, a moje zrozumienie tej sekcji dramatu jest dość mgliste. Krzywy pojawia sie tylko raz, gdy Peer Gynt cudem uchodzi z życiem ze znikającego o świcie zamku Rondenu. Krzywy jest niewidzialną, potężną siłą stawiającą opór na drodze bohatera. Przedstawiając się mówi, że jest sobą, a zaszczutemu bohaterowi radzi się obejść. Odmawia otwartej walki, tłumacząc że wygrywa powoli, ale zawsze. Peer nie ustępuje, na próżno bijąc w powietrze — próbując prowadzić bójkę z niezwyciężonym przeciwnikiem.

W ciągu całego dramatu w różnych okolicznościach bohater będzie się stosował do rady udzielonej mu przez Krzywego. Jedynie w finalnej scenie, zmierzając do swojego domu, zatrzyma się na chwilę i powie:

„Obejdź!” rzekł Krzywy!
O nie! Tym razem
Peer Gynt nie pójdzie za twym rozkazem,
Na przełaj jego przedrze się noga,
Chociaż najkrwawsza byłaby droga.

Osobiście w Krzywym dostrzegam fatum, spełniające się niezależnie od decyzji człowieka. Można mu się podporządkować i zrezygnować ze swoich roszczeń wobec życia, lub przeciwstawić i niestrudzenie dążyć do realizacji własnych planów i ambicji — przy czym ta druga droga jest bardziej obfita w cierpienia i przeszkody. Ostatecznie nie ma jednak żadnej różnicy, którą obrać, gdyż obie są wpisane w fatum, obie są jego spełnieniem — przeznaczenia nie da się uniknąć (nie mogę się tutaj powstrzymać przed odesłaniem czytelnika do §61 Wędrowca i jego cienia Fryderyka Nietzschego).

Choćbym bardzo chciał, nie jestem w stanie polecić czytelnikowi Peera gynta Henryka Ibsena. Jestem świadomy odmienności mojej interpretacji od treści, które autor chciał przekazać — treści, z którymi w sporej części nijak nie mogę się zgodzić i przez to nie mogę chcieć popularyzować. Muszę jednak przyznać, że dramat zawiera i propaguje pewne wzorce, co samo w sobie się chwali, a i wykonanie jest naprawdę wyborne. Do tego dochodzą pewne błędy i niejasności w treści (chociażby wspomniana nieracjonalna decyzja Piotra w rozmowie z diabłem). Mimo wszystko gorąco zachęcam do zapoznania się z dramatem — ma on potencjał bycia jedną z tych książek, które zmieniają życie. Jednak nie polecam.

Komentarze

Poniższy formularz służy do wysyłania komentarzy. O ich strukturę i prezentację dba Markdown.

Komentarze stanowią wyłączną własność autorów, choćby zaznaczono inaczej. Również autorom przysługuje wyłączne prawo do ich modyfikacji.

Autor zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy.

Śledzenie wątku: