Jogger Minia

Strona w permanentnej budowie.

Anno Domini 2008 sub specie musicae

Informacje o wpisie.

Opublikowano 27 grudnia 2008 o 13:19:50 w kategoriach: Słowo usłyszane.

2 komentarze; Góra strony.

Trackback; Poprzedni wpis; Następny wpis.

Podobnie jak rok temu, wraz z końcem roku kalendarzowego uzupełniam na blogu braki w kategorii muzycznej. Ponownie albumy ułożone są w kolejności chronologicznej; tym razem jednak zrezygnowałem z konwencji opisywania jedynie albumów znanych mi już wykonawców. Stąd też na tapecie znalazły się debiuty (w tym jeden dosłownie ;) ). Znacznie bogatsza niż w zeszłym roku jest także reprezentacja naszej rodzimej sceny muzycznej. Niestety, ostatnie miesiące roku okazały się być zbyt bogate w warte uwagi wydawnictwa, przez co nie miałem okazji położyć łapek na pierwszych longplejach Radio Bagdad, Pawilonu, Frutti di Mare czy L.U.C.-a. Do tego ostatniego zdecydowanie nie mam szczęścia — w zeszłorocznym zestawieniu zabrakło jego projektu współtworzonego z Rahimem. Prócz wymienionych chciałbym też móc wspomnieć o Contemporary Noise Sextet którzy dorobili się kolejnego albumu i członka w zespole; zdaje się również, że w sklepach nabyć można nowy materiał od ekshibicjonistów z Dick4Dick, który — sądząc po występie na Rafinerii — jest znacznie lepszy od ich debiutu. Ze względu na sentyment powinienem chociaż wspomnieć o longpleju Fokusa. W imię nonkonformizmu nawet nie pisknę o najnowszym materiale od AC/DC.

Tego wszystkiego nie będzie. A co będzie? Zapraszam do lektury.

The Dead 60s — Time To Take Sides

Album który właściwie powinien znaleźć się w zeszłorocznym zestawieniu, ponieważ, jeżeli wierzyć króciutkiej norce na Wikipedii, swoją premierę we Francji miał 13 VIII 2007 roku. The Dead 60s są dla mnie zagadką — Riot Radio z debiutanckiego albumu (stawiam piwo temu kto odgadnie nazwę ;) ) zdobyło nawet pewną mainstreamową popularność za sprawą włączenia do soundtracku gry Burnout: Revange, album został wydany w blisko dziesiątce wersji i całkiem wysoko zaszedł na angielskich listach przebojów (tuż za pierwszą dwudziestką). Należałoby się raczej spodziewać, że drugi longplej będzie przynajmniej oczekiwany, a tymczasem... miałem niemałe problemy ze zdobyciem go mniej oficjalnymi kanałami dystrybucji (bo o kupieniu w sklepie nawet nie marzyłem). Jeżeli wierzyć Wikipedii, do dzisiaj nie został wydany w rodzinnym kraju formacji. Jakby tego było mało, w lutym, bez błysku fleszy i piszczących nastolatek, muzycy ogłosili że się rozstają. Gwiazda jednego sezonu? Wszystko na to wskazuje, a szkoda.

Dość jednak historii — co oferuje finalne wydawnictwo formacji? Utwory są zdecydowanie bardziej chwytliwe, bardziej melodyjne. Debiut oferował pewien mrok, pewną tajemniczość, jednak w wydaniu zdecydowanie innym niż reprezentowane przez kapele gotyckie. Nawet delikatnie graniczył z psychodelą. Teraz jest inaczej. Wpierw myślałem że znacznie gorzej, z czasem jednak przekonałem się do odmiennego podejścia zauważając, że nie dotknęło ono wszystkich utworów. W niektórych wciąż słychać to, co podobało mi się w poprzednim albumie. Niestety jest to album który, nawet gdyby był wspaniale wypromowany, prawdopodobnie nigdy nie zdobyłby znacznej popularności. A tak — może być matową perełką w kolekcji fascynatów muzycznych. Jednak wątpliwe, aby w czyjejkolwiek kolekcji zajął zaszczytne miejsce.

Projekt Niewidzialne Świnie — 1st album/ 2 (EP)

Jak wyżej wspominałem o „mroku i tajemniczości reprezentowanym przez kapele gotyckie”, na myśli miałem dokładnie to co usłyszeć można w wykonaniu naszej rodzimej formacji mającej ambicje pobić Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach w konkursie na najbardziej idiotyczną nazwę — Projekt Niewidzialne Świnie. Skojarzenia z Bauhausem, The Cure i Diary of Dreams jak najbardziej słuszne. Wydawnictwa formacji aktualnie dostępne są jedynie na Jamendo, co w uproszczeniu oznacza że można je pobrać zupełnie za darmo. Chociaż pełnoprawny longplej datowany jest na 21 I z EP-ką wydaną dzień później, o tej drugiej dowiedziałem się znacznie później (jakoś w październiku). Ze względu na liczne podobieństwa oraz niewystarczające zgłębienie „dwójki” (zresztą o czym ja gadam — to nawet nie jest pełnoprawny album!), postanowiłem potraktować oba albumy jako całość.

Pierwsze dwa zdania powyższego akapitu powinny doskonale obrazować z czym mamy do czynienia. Jest mrocznie, jest złowieszczo, jest tajemniczo, jest bardzo dobrze. Utwory są wyważone, wokal — jeżeli w ogóle występuje — zdaje się być odległy, jakby niedostępny. Jednocześnie bardzo wyraźny. Co tu dużo mówić — jedna z Jamendowych perełek, zdecydowanie polecam się zapoznać.

Ayreon — 01011001

Jestem fanem Ayreona od kiedy pierwszy raz usłyszałem Day Eighteen: Realization w radiu internetowym. Wiedziałem że rok 2008 przyniesie nowy album, jednak nie spodziewałem się go już w styczniu. Wiązałem z nim spore nadzieje, więc nabyłem go najszybciej jak to było możliwe. I, niestety, rozczarowałem się. Tekstowo nierówno, muzycznie zbyt monotonnie. Jest to jeden z niewielu albumów który zaszczyciłem osobną recenzją, i do niej odsyłam po więcej szczegółów. Perspektywa czasu nie zmieniła mojej opinii — najgorszy album Ayreona w historii. Mam nadzieję że urlop przyniesie Arjenowi masę nowych pomysłów.

The Feeling — Join With Us

Wydany niecałe dwa lata wcześniej debiut oferował całkiem proste piosenki gitarowe o miłości. Bezrefleksyjnej, naiwnej, może nawet gówniarskiej — bynajmniej nie werterycznej. Klasyczny pop, który miał pełne prawo się podobać. Tymczasem drugi album... tymczasem drugi album nie zrywa z korzeniami. O ile w warstwie tekstowej czasami pojawiają się troszkę głębsze refleksje (co w większości przypadków nie znaczy, że głębokie), o tyle warstwa muzyczna została wzbogacona o nowe elementy i jest doskonale dopracowana — tak żeby się sprzedać. Jest dynamicznie i tanecznie. Nie bez powodu album wdarł się na pierwsze miejsca brytyjskich list przebojów. Tak, to pop. I wiecie co? Cholernie dobry pop.

Lao Che — Gospel

O ile o Lao Che słyszałem wcześniej, o tyle Lao Che usłyszałem dopiero w radiu — konkretnie Hydropiekłowstąpienie promujące najnowsze wydawnictwo. Utwór na tyle mi się spodobał, że po bliższym zbadaniu zagadnienia postanowiłem sprawić sobie tę płytę. A gdy znajomy powiedział, że to najgorszy album w ich historii, nie mogłem powstrzymać się przed zdobyciem również poprzednich.

Na dobry początek dementuję — Gospel nie jest najgorszym albumem w historii kapeli. Wg mnie Gusła mu ustępują (chociaż powoli zaczynam się i do nich przekonywać). Jednak wracając — po ciężkiej tematyce Powstania Warszawskiego, muzycy na tapetę wzięli wcale nie lżejsze relacje nowoczesnego człowieka z Bogiem i otaczającym go światem. Okrasili to zupełnie nieadekwatnymi dźwiękami przywodzącymi na myśl kabaret i tradycyjną muzykę Cygańską (ręka w górę — kto nie lubi muzyki Cygańskiej?). Ta dychotomia jest największą zaletą albumu. Warstwa muzyczna jest zróżnicowana i bardzo dobra. Warstwa tekstowa podobnie, oferując trochę do śmiechu (Do Syna Józefa Cieślaka) i trochę do refleksji (Chłopacy). Generalnie jest ciekawie i dynamicznie. Zdecydowanie warty uwagi album, ale „Srao Che”...

Margin of Safety — Best Possible Weather

Pierwotnie nie miałem umieszczać tego albumu w zestawieniu. Z jednej strony stał redaktorski obowiązek, zaś z drugiej nigdy wielkim fanem Margin of Safety nie byłem. To już piąty (pomijam nagranie koncertowe) album w dorobku tej młodej (obchodzącej w kwietniu trzecie urodziny!) kapeli z Finlandii. Pierwsze trzy były jawnie jazzowe w tym znaczeniu, że po prostu zawierały dokonania improwizujących wykonawców. Nie to, żebym odmawiał im umiejętności, ale nigdy szczególnego zainteresowania taką muzyką nie zdradzałem... Dopiero zeszłoroczne, zawierające napisane utwory, Dream Traps Black Cats zaczęło mnie przekonywać. Długie improwizacje ustąpiły w nim miejsca wokalowi, który, notabene, całkiem słusznie nie pojawiał się na poprzednich wydawnictwach — wg mnie jest najsłabszą stroną kapeli. W każdym razie utwór inaugurujący kolejne wydawnictwo przekonał mnie do zmiany początkowego zamiaru.

Wydane w pierwszym kwartale tego roku Best Possible Weather jest kolejnym krokiem w kierunku wyznaczonym przez jedyny album z 2007 roku. Krokiem nie tylko dość dalekim, ale i niezwykle udanym. Za najlepszą rekomendację niech świadczy fakt, że album mógłby spokojnie ukazać się w wersji pudełkowej — i znalazłby niemałą grupkę zwolenników. Ach, bo zapomniałem dodać — jak do tej pory wydawnictwa Margin of Safety zdobyć można jedynie za pośrednictwem portalu Jamendo. Zainteresowani znajdą tam także drugi tegoroczny album, który nie znalazł się w tym zestawieniu ze względu na brak czasu na bliższe się z nim zapoznanie.

Bauhaus — Go Away White

Po ćwierć wieku, w studiu spotkała się legenda rocka, formacja która zdefiniowała podgatunek gothic — kwartet Bauhaus. Wydawnictwo zupełnie niespodziewane, a i mające całkiem ciekawą historię — podobno cały album został nagrany w jeden dzień, zaś każda pierwsza próba była jednocześnie tą ostatnią, która po masteringu znalazła się na płycie. Chociaż na półkach sklepowych znaleźć ją można było już w marcu, ja dowiedziałem się o niej, zupełnie przypadkiem, dopiero w październiku. Cedek oferuje dziesięć wcześniej niepublikowanych kompozycji. Szkoda że na album nie sposób nie spojrzeć przez pryzmat poprzednich dokonań kapeli, gdyż z tej perspektywy wypada on jakoś blado. O ile z każdego z poprzednich albumów jestem w stanie wskazać jeden wybijający się lub reprezentatywny utwór, o tyle tutaj wszystkie kawałki zdają się być wyjątkowo do siebie podobne. Na domiar złego gitara nie wywołuje ciarek na plecach a po trzecim utworze nie rozgląda się nerwowo, czy przypadkiem za plecami nie czyha ktoś o bynajmniej nie przyjaznych zamiarach. Nie znaczy to że kompozycje są kiepskie, jednak nie ma co ukrywać — coś zrobione tak szybko ma prawo się udać jedynie przy ogromnych pokładach weny twórczej, a tutaj niestety jej zabrakło. Fakt, niektóre utwory przypominają stare dobre czasy (zwłaszcza Adrenalin), ale podczas słuchania mam wrażenie, jakbym słyszał formację wyjątkowo zafascynowaną Bauhausem, a tymczasem okładka jednoznacznie określa z kim faktycznie mam do czynienia.

Wieść gminna niesie, że podczas nagrywania albumu doszło do nieprzyjemnego incydentu, który skłonił zespół do kategorycznego zakończenia kariery. Prawdopodobnie tym razem dotrzymają słowa, gdyż za kolejne ćwierć wieku większość członków formacji będzie w stanie co najwyżej grać w bingo w domu spokojnej starości, jeżeli w ogóle w cokolwiek. Przypadek Bauhausu doskonale obrazuje dlaczego większość legendarnych kapel nie powinna się reaktywować — bardzo trudno jest udźwignąć brzemię własnej legendy.

Flogging Molly — Float

Czwarty album w historii wyraźnie zainspirowanej irlandzkimi korzeniami lidera formacji z zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Od zawsze charakteryzowali się bogatą warstwą instrumentalną (w końcu co siedmiu muzyków to nie czterech), nie inaczej jest tym razem. Od zawsze także charakteryzowali się raczej skocznymi melodiami, od czego tym razem trochę odeszli — muzyka jest bardziej refleksyjna, spokojniejsza (chociaż pierwsze dwa utwory zdecydowanie kontynuują tradycję poprzednich wydawnictw). Również warstwa liryczna jest głębsza. Akcent narodowościowy jest mniej wyraźny, za to częściej przewijają się motywy niemal egzystencjalne (Between A Man And A Woman, The Story So Far).

Opornie mi idzie pisanie o tym albumie. Podchodziłem do niego jak pies do jeża — po pierwotnym zapoznaniu się niedługo po premierze, powróciłem dopiero w październiku czy nawet listopadzie. Nie to, żeby muzyka grupy mi się nie podobała — wręcz przeciwnie. Nie to, żebym wobec albumu żywił jakąś nadzieję spowodowaną nadmiernym oczekiwaniem — de facto o jego istnieniu dowiedziałem się kilka dni przed premierą. Może zamiast silić się na kolejne słowa, zakończę konkluzją: album nawet nie zbliżył się do Swaggera będącego wg mnie najlepszym w dorobku kapeli.

Radogost — Dwa Hektary Żywego Lasu/ W Cieniu Wielkiego Dębu

Radogost to jeden z pogańskich bogów oraz młoda polska kapela grająca nie co innego jak folk metal. Pomimo ledwie kilku lat na karku, zespół wykazuje się niespotykaną jak na polskie warunki aktywnością — na swoim koncie ma EP-kę i dwa longpleje, z czego jeden można pobrać z ichniej strony. Jeżeli komuś zależy na jakości, niepełny znajduje się na Jamendo.

Jednak do rzeczy — co oferuje Radogost? Ciężką gitarę, skrzypce i raczej kiepski growling biorąc pod uwagę, że da się go zrozumieć (co osobiście zaliczam na plus, ale w metalowej estetyce jest niewybaczalnym grzechem). Ten ostatni jest zdecydowanie najsłabszą stroną kapeli, ale ja po prostu nie lubię growlu. Od strony tekstowej znaleźć można jedynie pogaństwo, rozpustę i pijaństwo, czego bynajmniej nie uważam za wadę. Miło jest sobie posłuchać o „biesie który podarował ludziom gorzałę” (Dar Czarnego Licha) albo upadłym krzyżowcu gotowym oddać duszę żeby ostatni raz spotkać ukochaną (Pieśń o Rycerzach z Czantorii). Znajdą się także elementy patriotyczne zorientowane na miejsce urodzenia (Tam Skąd Pochodzę). Jeżeli chodzi o warstwę instrumentalną, jak wspomniałem prócz gitary pojawiają się także skrzypce (oczywiście pomijając bas i perkusję, bo o tym chyba wspominać nie muszę), co uważam za zdecydowaną zaletę. Utwory są dobrze skomponowane a w przypadku albumu pudełkowego wprost doskonale wyprodukowane. Nie ma się tutaj czego przyczepić.

Oba albumy postanowiłem potraktować całościowo nie tylko ze względu na podobieństwa między nimi (acz żadna z kompozycji się nie powtarza), ale także trochę gorsze zapoznanie się z drugim. I obu wystawiam tę samą notę — bardzo dobry true slavic pagan metal z górskich rejonów Polski.

The Raconteurs — Consolers Of The Lonely

Rok temu nieprzychylną opinię o albumie The White Stripes zakończyłem zdaniem wolę prosty rock w wykonaniu The Raconteurs. Tymczasem kolejny rok przyniósł drugi album kwartetu i... muszę zmienić zdanie. Niestety Raconteursi zrezygnowali z prostych kompozycji zawartych na pierwszym albumie i zdecydowali się rozwijać w kierunku podobnym do White Stripes, co początkowo skutecznie mnie odrzuciło. Dopiero pod koniec roku zdecydowałem się dać albumowi drugą szansę i dostrzegłem pewną wirtuozerię w tym co robią. Nie odmawiam im umiejętności, jednak wolałbym gdyby zaserwowali kontynuację pierwszego longpleja.

Czeslaw Spiewa — Debiut

Płyta pod tytułem Debiut wokalisty i akordeonisty Czesława Mozila odbiła się niemałym echem na polskim rynku muzycznym. Jego muzyka wielu się nie podoba, część go szczerze nienawidzi chyba tylko za to że odniósł jakiś mainstreamowy sukces. Wszystkim nie dogodzisz...

Jak stwierdziła któraś ze znanych polskich wokalistek, muzyka Czesława jest naiwna. Zupełnie jakby całe zło na świecie w ogóle go nie dotknęło. Albo coś w tym guście. Jest to opinia z którą trudno się nie zgodzić, wszak akordeon jeszcze nikomu krzywdy nie zrobił. Jednak co wg mnie najbardziej jest warte uwagi w Czesławie to nie muzyka (cokolwiek przyjemna, owszem), ale warstwa tekstowa. Nawet nie sama w sobie, gdyż jest w większości przypadków totalnie absurdalna czasem lekko zahaczając o zabawność, ale o to jak powstała. Wiem, że wszyscy znają tę historię, ale teksty Czesława napisali... Internauci. Dokładniej bywalcy czatu poezja na portalu Onet.pl. Po prostu pisali propozycje kolejnych wersów a moderator wybierał te, które najbardziej odpowiadały jakimś tam kryteriom. Chyba nie trudno się domyślić, że głębszych refleksji nie ma się tam co doszukiwać...

Ale tutaj nie chodzi o refleksję. Ani o muzykę. Ani o wokal. Ani o historię reemigranta Czesława. Ani o jego zupełnie niepolski światopogląd. Nie chodzi też o to czy to się podoba czy nie. Chodzi o to, że tak się da. I właśnie z tego powodu każdy powinien przynajmniej zapoznać się z tym projektem.

Blog 27 — Before I'll Die

Nie, jaja sobie robię.

Cool Kids of Death — Afterparty

Cool Kids of Death to chyba wszystkim znana formacja przedstawicieli maruderów Pokolenia Końca Wieku. Pełnymi garściami czerpią z kultury punk, pisząc kolejne piosenki o tym jakie to wszystko jest beznadziejne, bezwartościowe i jedyna nadzieja w totalnej destrukcji wszystkiego w i poza zasięgiem wzroku. Do tego prosta warstwa melodyjna z naciskiem na mocną gitarę i przepis na debiut gotowy. Można ich nie lubić za prymitywność. Można ich uwielbiać za powrót do korzeni. Można ich nienawidzić za to że nie są true.

Jeżeli o mnie chodzi, całkiem podobała mi się ich pierwsza płyta, natomiast każda kolejna coraz mniej. Było zbyt podobnie i zbyt tak samo. Po najnowsze ich dokonanie nawet nie sięgnąłem po premierze, nie spodziewając się niczego niezwykłego. Co prawda ktoś tam gdzieś tam wspominał że niby jest bardziej elektronicznie, ale nie pociągało mnie to w stopniu wystarczającym do sięgnięcia po album. Wszystko zmieniło się po tym, jak zobaczyłem ich na żywo na początku lata.

Fakt, Afterparty jest bardziej elektroniczne, a to za sprawą syntetyzatora z którego chętnie korzystała osoba komponująca piosenki. Również perkusja jest jakoś bardziej wyeksponowana, szczególnie w inauguracyjnym Mamo, mój komputer jest zepsuty. Warstwa tekstowa szczególnie się nie zmieniła (Ciągle jestem sam i najlepiej Nagle zapomnieć wszystko), co zresztą ma swój subtelny urok. Utwory szybko wpadają w ucho i są bardzo dobrze wyprodukowane. O albumie można powiedzieć to co o Sam's Town Killersów — wszystkie piosenki są utrzymane w podobnej tonacji, i jakkolwiek trudno wybrać jakiś wyróżniający się na tle pozostałych, oznacza to tylko tyle że wszystkie są na tym samym, wysokim poziomie. Zdecydowanie najlepszy album CKOD od debiutu, może nawet z nim się równający. Mocny kandydat do tytułu albumu roku.

Julia Marcell — It Might Like You

Rok temu pisałem o Arctic Monkeys, wspominając że rzekomo są oni przykładem na to jak kapela rozpoczynająca swoją działalność w Internecie (MySpace) może odnieść niemały sukces komercyjny. Również w tym roku chciałbym zaserwować podobną ckliwą historię. Podobną ale nie identyczną — Julia nie tylko jest kobietą, czego o żadnym z członków Artic Monkeys powiedzieć nie można, nie tylko wylansowana została zupełnie inną drogą, nie tylko gra zupełnie inną muzykę, ale także, co jest ważne chyba tylko z naszego punktu widzenia — jest Polką.

SellABand jest alternatywną agencją wydawniczą, stojącą gdzieś pomiędzy JamendoMagnatune. Idea jest raczej prosta — młody artysta tworzy swój profil w portalu, wgrywa utwory i czeka na swoiście pojmowanych mecenasów, w terminologii portalu nazywanych „zwolennikami” (ang. believers), będących innymi użytkownikami portalu. Mecenasi ci wpłacają dowolną kwotę na konto artysty, za każdym razem zbliżając go do debiutu na rynku fonograficznym. Po zgromadzeniu na koncie artysty 50 000 dolarów wydawca zajmuje się resztą, czyli zaprasza artystę do profesjonalnego studia i, po długim procesie tworzenia albumu, ostatecznie wysyła płytki do sklepów. Jednak na tym nie koniec, gdyż mecenasi, którzy postanowili wesprzeć artystę na początku jego kariery, od tej chwili otrzymują ułamek pieniędzy ze sprzedanych kopii — wprost proporcjonalny do kwoty którą zdecydowali się zainwestować.

Jednak wracając do głównej bohaterki — Julia jest pianistką, i to właściwie wszystko co wystarczy o niej powiedzieć; oczywiście gościnnie występują również inne instrumenty. Skojarzenia z inną polską pianistką, Gabrielą Kulką, są jak najbardziej na miejscu. Aczkolwiek Julia wydaje mi się bardziej konserwatywna — jej kompozycje są spokojniejsze, delikatniejsze i bardziej tradycyjne. Czego bynajmniej nie uznaję za wadę. Z dziełem Julii zdecydowanie warto się zapoznać — szkoda tylko że próżno ich szukać w polskich sklepach.

I'm From Barcelona — Who Killed Harry Houdini?

I'm From Barcelona, co sugeruje nazwa, jest pop-indie'ową kapelą ze Szwecji. Ich pierwszy longplej, Let Me Introduce My Friends, był cokolwiek krótki, ale zawierał chyba najbardziej optymistyczne kompozycje jakie kiedykolwiek przyszło mi usłyszeć. Przy tej muzyce po prostu nie sposób było się smucić. W związku z tym ufnie spoglądałem w stronę drugiego albumu, jakkolwiek odkryłem go zupełnie przypadkowo i niespodziewanie.

Pierwszy utwór na płycie, Andy, zupełnie nie przypominał poprzednich piosenek tego blisko trzydziestoosobowego (!) zespołu. Przypominał za to Arcade Fire z czasów debiutu, co mi przypadło do gustu w stopniu przynajmniej równym mojemu zdziwieniu. Drugi utwór prezentował już to czego mogłem się spodziewać po tej kapeli, co wzbudziło we mnie mieszane uczucia. Niestety kolejne kompozycje sytuują się gdzieś pomiędzy pierwszą a drugą, co wywołuje nieszczególne wrażenie ogólne. Znacznie lepiej by było, gdyby muzycy zdecydowali się na podążanie jedną, najlepiej już wyznaczoną, ścieżką. Jakkolwiek warto zapoznać się z tą kapelą, lepiej sięgnąć po debiut.

Pustki — Koniec Kryzysu

Pierwszy album kwartetu od dość radykalnych zmian w składzie. Jak wszyscy wiedzą, główny wokal objęła Basia, która dotychczas zadowolić musiała się wokalem drugoplanowym. Poprzednia płyta, do mi no, oferowała proste, dynamiczne i naprawdę wpadające w ucho melodie. Koniec Kryzysu, zamieszczone na składance oddającej hołd Joy Division, wyznaczać miało kierunek w którym zdecydował się podążać zespół. Z tych względów z niecierpliwością oczekiwałem kolejnego albumu. Gdy wreszcie położyłem na nim swoje łapki, byłem cokolwiek rozczarowany. Do mi no się przewróciło, a zamieszczona jako bonus tytułowa kompozycja okazała się najlepszym utworem na płycie. Po okresie intensywnego słuchania zacząłem weryfikować początkową opinię.

Kompozycje są bardziej skomplikowane niż na poprzedniej płycie. Płyta jest bardziej refleksyjna, czemu zresztą trudno się dziwić, co oddaje również warstwa dźwiękowa. Cokolwiek przypomina 8 Ohm, jednak gdyby policzyć, piosenek nadających się do tańca jest więcej. Chociaż wynika to tylko ze statystyki, gdyż album zdecydowanie nie jest imprezowy. Trudno go porównywać z poprzednim — do tej pory stojącym najwyżej w mojej hierarchii albumów Pustek — ale gdybym musiał to zrobić, nie sądzę żeby wyszedł z tej konfrontacji zwycięsko. Pozostaje mieć nadzieję, że spadek formy Pustek jest chwilowy i spowodowany trudnym okresem w życiu zespołu — po jego przezwyciężeniu kapela z pewnością zaoferuje nam prawdziwą perełkę.

TV On The Radio — Dear Science

TV On The Radio przypomina mi siostry CocoRosie. Nie tyle z perspektywy muzycznej, choć i tutaj pewne podobieństwa dałoby się znaleźć, ile w kwestii popularności. Z jednej strony to sroga awangarda alternatywna której ze świecą szukać poza wyspecjalizowanymi audycjami, z drugiej zaś w pewnych kręgach kapele te zyskują status kultowych, będąc nadzwyczaj popularnymi. Nowojorskim kwintetem zainteresował się sam David Bowie, występując nawet gościnnie na ich drugim longpleju wydanym przed dwoma laty. Obu formacjom trzeba przyznać, że pomimo rosnącej popularności nie zatraciły swojego stylu i nie dały się zmienić wielkiemu światu. I ja to nawet doceniam. Ale, cholera, ta muzyka jest jak dla mnie zbyt hermetyczna i po prostu do mnie nie trafia. Dear Science tego nie zmienia.

The Cure — 4:13 Dream

W kolejny rok przestępny legendarna formacja The Cure zaserwowała nam kolejny album — jak sugeruje tytuł, już trzynasty w karierze. Curesi od zawsze byli mistrzami w muzyce smutku, poprzednim albumem, zatytułowanym po prostu The Cure, wchodząc na wyżyny swoich możliwości. Na najnowsze ich dzieło trudno jest spojrzeć z perspektywy poprzednich longplejów, a to za sprawą ich liczności. Niemniej coś napisać wypada.

Przede wszystkim, album nie kontynuuje chlubnej tradycji poprzedniego. Nie znaczy to że nagle stał się optymistyczny, ale zdecydowanie nie jest depresyjny, przynajmniej w warstwie muzycznej — co osobiście uważam za wadę. Po drugie dalej dominuje tematyka nie do końca spełnionej miłości — Smith mógłby zmienić motywy tekstów, tak jak osiem lat temu. Po trzecie — do diabła, przecież to The Cure! Nie oszukujmy się, fani i tak kupili w ciemno w dniu premiery. Zaś jeżeli chodzi o innych — album może się podobać, ale nie nazwałbym go ani najlepszym w historii formacji ani dla niej reprezentatywnym.

Akurat — Optymistyka

Czwarty longplej, podobnie jak w przypadku Pustek, jest cokolwiek przełomowy za sprawą zmiany personalnej w zespole — również wokalisty. Co więksi fani Akuratów z chwilą ogłoszenia tej informacji światu zapowiedzieli koniec świata, Armageddon, istną Sodomię i Gomorię. Płyta ostatecznie ukazała się na półkach sklepowych a ja mam okazję pisać te słowa, więc aż tak źle nie było.

Zarówno w drugim jak trzecim albumie formacji widziałem główny motyw tematyczny łączący większość utworów. Debiut wymykał się takiej klasyfikacji. Pod tym względem najnowsze dzieło formacji powraca do korzeni — trudno jest znaleźć motyw który łączyłby większość lub chociaż część piosenek na płycie. Podobnie pod względem muzycznym — jest zróżnicowanie, od dynamicznego rock n' rolla (Pani Mariola) po wolne ballady miłosne (Zgaś moje oczy...).

Zmiana wokalisty zdecydowanie nie wyznaczyła końca zespołu. Może nie jest to najlepszy album w historii formacji, ale nie zasługuje również na ekskomunikę z jej dyskografii. Jest solidnie.

Coma — Hipertrofia

Album który wywołał niemałe zamieszanie, ale chyba tylko w Internecie. Fani twórczości Roguckiego okrzyknęli ten album „genialnym”, podczas gdy osoby z większym dystansem nie zostawiły na wydawnictwie suchej nitki. Oczywiście ci pierwszy tych drugich z miejsca okrzyknęli programowymi antycomistami zasługującymi jedynie na stos, na co drudzy wygarnęli im klapki na oczach, często również nie owijając w bawełnę.

Nigdy nie byłem wielkim fanem Comy. W chwilach pogłębionej irytacji lubiłem sobie włączyć debiut (może dalej lubię, tylko zirytowany chodzę jakby rzadziej), do dzisiaj na przenośnym oggtwarzaczu muzycznym mam Schizofrenię zamykającą drugi album. Gdy pierwszy raz sięgnąłem po najnowsze, dwupłytowe wydawnictwo zakochałem się w nim za sprawą tytułu inaugurującego utworu (Party - Ein Buch für Alle und Keinen). Jak się okazało, szybko musiałem zweryfikować swoje zdanie...

Jak każde szanujące się wydawnictwo dwupłytowe, album jest długi. Każda z płyt trwa 50 minut, co daje całość o długości godziny i 40 minut. I nie mo co dłużej ukrywać — jest to największa wada albumu. Wg mnie jest on po prostu nudny, dodatkowo męczący. Co prawda panowie próbowali jakoś urozmaicić całość (np. Emigracją, która brzmi jak żywcem wyciągnięta z repertuaru Pogodna), ale wyszło mi to w najlepszym wypadku średnio. Kategorycznie stwierdzam, że album kończy się po 10 utworach pierwszej płyty (wliczając skity), z chlubnym wyjątkiem w postaci Ekharta (który to tytuł jest źle napisany, jeżeli ma być oczywistym odwołaniem do Mistrza Eckharta). A 10 z 35 utworów to zbyt mało by móc ocenić płytę pozytywnie, zwłaszcza że żaden z nich nie wybija się szczególnie ponad inne dokonania zespołu.

(Korzystając z okazji chciałbym pochwalić panów z Comy za dwa wersy: primo Każdy proton tęskni za istotą absolutu, świetnie wyrażający to co nazywam tęsknotą za Bogiem; secundo z perspektywy absolutu, zawierające znacznie bardziej poetyckie i wyjątkowo zgrabne tłumaczenie zwrotu sub specie.)

Guns & Roses — Chinese Democracy

Chinese Democracy do niedawna było Duke Nukem Forever wśród płyt muzycznych. Album został zapowiedziany tak dawno temu, że chyba nawet sam Rose nie pamięta kiedy. Jakkolwiek wiedziałem o planach jego wydania, nie brałem ich na poważnie. O tym że album ostatecznie dostał się na półki sklepowe dowiedziałem się od przyjaciela, wspominającego o tym mimochodem.

Guns & Roses to formacja która odniosła chyba największy sukces komercyjny na przełomie przedostatniej i ostatniej dekady ubiegłego wieku. Może zostać również potraktowana jako ukoronowanie epoki rock & rolla — nie tylko historia formacji perfekcyjnie oddaje ideał „żyj szybko, umieraj młodo”, ale również teksty i same relacje pomiędzy muzykami są rockowe par excellence — mam tutaj na myśli twarde narkotyki oraz częste i intensywne konflikty personalne. Do tego dochodzi muzyka tworzona w praktycznie każdej możliwej rockowej konwencji i poruszająca od banalnych po refleksyjne tematy warstwa tekstowa. Guns & Roses to najmłodsza legenda rock & rolla.

Jedna legenda już w tym roku się reaktywowała, i efekt był taki, że chłopaki kategorycznie stwierdzili że nie było to najmądrzejsze co w życiu zrobili. Czy ten sam los spotkał kalifornijską formację? Przede wszystkim Axl nie doszedł do podobnego wniosku, zapowiadając że Chinese Democracy jest pierwszą częścią trylogii, której zakończenie planowane jest na rok końca świata. Po drugie album nie był nagrywany w ciągu jednego dnia a dobrych kilku(-nastu? Nie wiem czy ostateczny kształt wydawnictwa chociaż w drobnym stopniu przypomina pierwotny zamysł) lat, co nie mogło nie odbić się na jakości nagrania. Trzeba przyznać, że album wyprodukowany jest świetnie. Cóż jednak poza tym? Mógłbym tradycyjnie ponarzekać na zbyt słabe zapoznanie się z wydawnictwem, co zresztą kłamstwem by nie było, ale w zamian powiem że sentyment to zbyt mało aby się nad całością zachwycać. Nie jest źle, ale nie ma co przyrównywać do debiutu czy świetnych Use Your Illusion.

The Killers — Day & Age

Trzeci longplej na koncie młodej kapeli z miasta hazardu. Debiut był dobry, acz miewał słabsze chwile. Drugi album był bardzo dobry, choć żaden z utworów nie zasługiwał na miano wybitnego. Wreszcie w zeszłym roku ukazała się kompilacja tzw. „B-Sides & Rarities” (która w ubiegłorocznym zestawieniu nie znalazła się ze względu na moją nieświadomość jej istnienia) będąca po prostu wspaniałą — to jeden z tych albumów które się uwielbia od pierwszego akordu pierwszej piosenki. Killersi znajdowali się na prostej rosnącej i nie mogłem doczekać się najnowszego wydawnictwa, zawczasu przygotowując etykietkę „Album roku”.

Utwór inaugurujący przypominał trochę Mr. Brightside z debiutu, czyli było nieźle. Jednak kolejny, notabene promujący płytę jako singiel, Human, spowodował że spojrzałem z niedowierzaniem na okładkę szukając informacji, czy na pewno kupiłem właściwą płytkę. Wszystko wskazywało że tak. Podobna sytuacja pojawiała się z każdym kolejnym utworem aż do ostatniej sekundy. Po niej dalej nie dowierzałem że obcowałem z albumem z którym wiązałem tak wysokie nadzieje.

Powiem dosadnie — Day & Age brzmi jak disco polo. I nie ma w tym ani krzty przesady. Killersi, pewnie inspirowani złotą erą disco, najwyraźniej postanowili dokonać mezaliansu tego gatunku z rockiem (nie oni pierwsi zresztą). Po kilkunastu przesłuchaniach albumu trzeba przyznać, że wyszło im to wcale nieźle — utwory są dobrze dopracowane i świetnie wpadają w ucho, co zresztą jest cechą i celem tego gatunku. I jakkolwiek doceniam chęć rozwoju i eksperymentowania, to, do diabła, z trudem dzierżę właśnie taki wybór dalszej ścieżki twórczości. I to w momencie gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały że dostaniemy wydawnictwo niebanalne, może nawet redefiniujące jak należy grać muzykę rockową!

Gdyby album został wydany pod innym szyldem, to — jeżeli w ogóle bym po niego sięgnął — może i nawet bym wysoko ocenił. Ale nie tego się spodziewałem po tej formacji. Z drugiej strony nie napiszę „najgorszy album w historii kapeli”, gdyż go po prostu nie da się porównać z poprzednimi ich dokonaniami. Stoi gdzieś obok i niech tak zostanie.

Żywiołak — Nowa Ex-Tradycja

Plakat informujący o koncercie z połowy października opatrzony był napisem Trasa promujący debiutancki album. Znając jednak historię albumu, mającego się ukazać pierwotnie jakoś w pierwszej połowie 2007 roku, podszedłem do tego ze sporą dozą sceptycyzmu, przygotowując się że ten wpis zakończę zapowiedzią pierwszego longpleju Żywiołaka. Najwyraźniej jednak Światowid chciał inaczej, gdyż na początku grudnia na stronie agencji wydawniczej Karrot Kommando pojawiła się informacja, że formacja jest w przeddniu wydania pierwszego albumu, a dwa tygodnie później już wszystko było jasne — premiera odbędzie się 20 grudnia, zaś zamówienia przedpremierowe realizowane będą za pośrednictwem Poczty Polskiej już trzy dni wcześniej. Niezbyt to szczęśliwy okres, gdyż paczki prawdopodobnie przyjdą do wyczekujących fanów dopiero po świętach, a i niewielu znalazło płytkę pod choinką — ich rodziny pewnie nie czekały z prezentem na ostatnią chwilę.

Płyta zawiera 13 kompozycji (plus jedną ukrytą w postaci remiksu oraz klip wideo do obejrzenia na komputerze), z czego... zera nie słyszałem wcześniej. Jestem oddanym fanem Żywiołaka od kiedy pierwszy raz usłyszałem Dybuka, jeszcze na pierwszym demo umieszczonym na Jamendo. Mógłbym tak dalej, ale wypada przedstawić formację, gdyż — jak miałem okazję niejednokrotnie się przekonać — jest ona ludziom po prostu nieznana.

Nie zagłębiając się zbytnio w skład osobowy, przejdę od razu do próby przedstawienia ich muzyki. Sami określają gatunek który grają nazwami neofolkmetal, biometal, hardfolk czy polska muzyka neoludowa, które to nazwy są tyleż wymyślne co enigmatyczne. Muzyka Żywiołaka to zderzenie tradycji i nowoczesności. Jest to bodaj jedyna kapela na świecie w której wydawałoby się zapomniana lub nawet nieznana lira korbowa nie tylko towarzyszy, ale i tak doskonale uzupełnia się z gitarą basową. Do tego dochodzi czasem przechodzący w krzyk śpiew dwóch czarownic z gościnnym growlem i jest mniej-więcej pełen obraz. Po koncercie na tegorocznym Open'erze usłyszałem opinię, że wydarzenie to było jak czarna msza, i trudno się z tym nie zgodzić — muzyka jest uwodząca, wprowadzająca w swoisty trans, koło której po prostu nie da się przejść obojętnie.

Jakkolwiek formacja ma w swoim repertuarze kilka utworów instrumentalnych, żaden z nich nie zagościł na pierwszym pełnoprawnym wydawnictwie, w związku z czym nie można nie wspomnieć o warstwie lirycznej. Tutaj dominuje współczesna interpretacja wierzeń ludowych — dowiedzieć się można m.in. co spotkało Wieśka kąpiącego się przed Kupałą (przesileniem letnim) oraz dlaczego Latawce są tak niebezpieczne (oba utwory zawierają fragmenty tradycyjnych pieśni ludowych; również kompozycje zostały napisane na ich podstawie). Formacja chętnie sięga po klasyków polskiej poezji w postaciach Kochanowskiego i Leśmiana (Psychoteka powstała na podstawie jego Karczmy) oraz, jak wspomniałem, tradycyjne pieśni ludowe, nie tylko polskie (Ой А На Яна Купала). Z drugiej strony Robert nie może powstrzymać się przed skomentowaniem otaczającej go rzeczywistości (Żywiołak), w dość dosadny sposób wskazując na niewydolności systemu i zepsucie społeczeństwa.

Pomimo, a może właśnie ze względu na, całego mojego oddania twórczości kapeli, nie mogę przemilczeć kilku zgrzytów które zwróciły moją uwagę. Po pierwsze Ой А На Яна Купала, Ой Ти, Петре, ПетреOj Ty Janie Sobótkowy, wszystkie będące w najlepszym wypadku delikatnie zmodyfikowanymi pieśniami ludowymi, są nudne. Oczywiście nie wszystkie w równym stopniu — ułożyłem je w kolejności rosnącej (czyt. inauguracyjny Ой А На Яна Купала ma pełne prawo się podobać). I o ile rozumiem otoczenie dynamicznych utworów, stanowiących esencję albumu, kompozycjami wolniejszymi, o tyle przerywnik w postaci Ой Ти, Петре, Петре jest wg mnie średnio na miejscu. Po drugie Wojownik wydaje mi się ucięty — utwór po prostu się urywa. Zupełnie jakby zabrakło dosłownie kilku sekund. Po trzecie — Żywiołak. Primo tekst wydaje mi się niedopracowany, jest pełny powtórzeń. Secundo jeden z ostatnich wersów przyjął postać Jebany Żywiołak jak loża szyderców. I o ile wykropkowanie pierwszego wyrazu w książeczce jeszcze jestem w stanie zrozumieć, o tyle krótkiego dźwięku o wysokiej tonacji w strategicznym miejscu już nie. Z drugiej strony gitara wchodząca w piątej sekundzie drugiej minuty rekompensuje wszelkie niedoróbki. Wreszcie, po czwarte, zabrakło zupełnie premierowej, nieznanej z koncertów lub nieoficjalnych nagrań, kompozycji. Jakbym się uparł, mógłbym jeszcze zarzucić że w utworach studyjnych nie ma tej ogromnej dawki energii która spływa na ludzi ze sceny i powietrza na koncertach. Ale się nie upieram i przymykam oko na te — mimo wszystko drobne — niedociągnięcia. Sam koniec roku rozwiał wszelkie wątpliwości w przyznawaniu tytułu „Albumu roku”, przynosząc bezapelacyjnego zwycięzcę w tej kategorii.

Podsumowanie

Zwieńczeniem tego przydługiego (i najdłuższego w historii bloga; Peera Gynta zdetronizowałem jakieś 20k znaków temu) wpisu powinno być jakieś podsumowanie. Przede wszystkim rok 2008 był pod względem muzycznym zdecydowanie bardziej udany niż rok poprzedni. Wskazuje na to ilość albumów które zdecydowałem się opisać, ich jakość i ogólne odczucia w tej materii. Po drugie rok 2008 był z jednej strony rokiem wielkich powrotów (Bauhaus, Guns & Roses i wspomniane tylko we wstępie AC/DC), niekoniecznie udanych. Z drugiej zmian personalnych, z których zespoły wyszły obronną ręką (czyt. dalej funkcjonują; Akurat i Pustki). Wreszcie, z trzeciej, w Polsce był to rok folk metalu, za sprawą samego Żywiołaka, któremu jednak dzielnie akompaniował Radogost.

Jaki będzie przyszły rok? To się okaże. W każdym razie zacznie się od Tonight: Franz Ferdinand, by przejść do nowego materiału Maxïmo Park, Rakes i Yeah Yeah Yeahs. Z mroźnej Skandynawii usłyszymy Röyksopp i The Knife (acz tutaj nie jestem pewien czy należy spodziewać się zwykłego albumu studyjnego), ale przed zamarznięciem ochroni nas świeżutki materiał prosto ze słonecznej Kalifornii (żeby nie zapeszyć, jak rok temu, nie podam nazwy kapeli). Szansę na rehabilitację otrzymają Arctic Monkeys i Architecture in Helsinki. Zapowiada się płodnie.

Komentarze

Może w kolejności chronologicznej:

Lao Che: mój werdykt podtrzymuję — Gospel to najgorszy album w historii zespołu. Na obronę albumu napiszę tylko, że chciałbym żeby więcej krążków było tak „złych” jak ten. Gospel bowiem jest „zaledwie” genialny (podczas gdy Gusła i Powstanie niezwykle genialne). :)
Dodam też, że Lao Che wydało niedawno drugi DVD, tym razem z zarejestrowanym tegorocznym.. tfu, już zeszłorocznym występem na Przystanku Woodstaock.

Margin of Safety: ja tylko w sprawie najnowszego wydawnictwa, o którym tylko wspomniałeś. Chłopaki powrócili na nim do dwóch pierwszych dokonań — jazzowe improwizacje. Jednych szalenie ucieszy (np. niżej podpisany), innych może mniej.

Radogost: debiut (Dwa hektary…) podobał mi się bardziej. Na drugim albumie brakuje mi czegoś, niby niezły, ale…

Blog 27: to-to jeszcze istnieje i wydaje? :O
Chociaż tytuł rodzi pewne nadzieje. ;)

Julia Marcell: bardziej kojarzyłbym nie z Kulką, a z Tori Amos.
Nawet się nie zająknąłeś o EP-ce Storm, hańba!

Coma: spuszczę na najnowsze dokonanie zasłonę milczenia.

Żywiołak: zanim album został wydany wiadomym było, że będzie to wydawnictwo roku.
Ой А На Яна Купала nudne? Nie zgadzam się.
Co do kropek i pików — podejrzewam, że wpływ na ich pojawienie się mógł mieć mecenat Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa narodowego. Od kilku dni rozważam wystosowanie do zespołu prośby o udostępnienie „niezgwałconego” nagrania, ale jakoś czasu brakuje.

Na koniec czego wg mnie zabrakło:
Ovo – Biały Strach, z Jamendo oczywiście (http://www.jamendo.com/en/album/20654).
Jakimś usprawiedliwieniem może być, że mi również album dlugo umykał, wprawdzie znalazłem niedługo po wydaniu, ale przeleżał zapomniany na dysku gdzieś do końca grudnia, dopiero ostatnio odkryłem na nowo ten naprawdę dobry album.

Ponoć o gustach się nie dyskutuje, ale ;) .

Radogost: oba albumy są bardzo podobne, ale wg mnie drugi jest lepiej wyprodukowany. Pierwszy znam lepiej, ponieważ więcej razy go przesłuchałem, i z tego względu wzbraniałem się przed ustawianiem tych albumów w jakąś hierarchię.

Julia Marcell: nie znam dokonań pani Amos.
Przyjąłem konwencję pisania jedynie o pełnoprawnych albumach studyjnych, z małym wyjątkiem dla Projektu Niewidzialne Świnie. Ale zauważ, że także tam EP-ka jest podpięta pod longplej i właściwie tylko o niej wspominam.

Żywiołak: a jakże ;] .
Może nie podkreśliłem tego odpowiednio w tekście — „Ой А На Яна Купала” ma prawo się podobać, i mi nawet się podoba (chociaż pamiętam że dłuższy czas zajęło mi przekonanie się do tego utworu). Chodziło mi jednak o to, że te trzy utwory różnią się od pozostałych, a jednocześnie da się wykazać podobieństwa między nimi.

Ovo: i dopiero teraz mówisz mi o takim dobrym albumie? :P
Zresztą, braki są wręcz tradycyjne dla tej serii wpisów. Rok temu zabrakło Sawdust (The Killers, wspominam w tekście) i tam ta da dam (Kremlowskie Kuranty).

Poniższy formularz służy do wysyłania komentarzy. O ich strukturę i prezentację dba Markdown.

Komentarze stanowią wyłączną własność autorów, choćby zaznaczono inaczej. Również autorom przysługuje wyłączne prawo do ich modyfikacji.

Autor zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy.

Śledzenie wątku: