Niedługo przed maturą założyłem na blogu nową kategorię, w której zamierzałem zawrzeć swego rodzaju recenzje pomieszane z luźnymi przemyśleniami dotyczącymi przeczytanych przeze mnie książek. Nie miałem zamiaru przekształcać bloga w blog literacki, gdyż w ogóle prędko zarzuciłem zamiar prowadzenia bloga specjalistycznego. W każdym razie kariera kategorii była krótka i gwałtowna, osiągając swe apogeum we wpisie o Peerze Gyncie (prawdopodobnie najlepszym tekście na blogu, a zdecydowanie najlepszym w pierwszej trzylatce). Różne zbiegi okoliczności spowodowały spadek (i tak nigdy nie dużej) ilości czytanych przeze mnie książek, a tym samym brak materiału do nowych notek.
Kryzys przejść musiał, ale ani Fromm, ani Witkacy, ani Cialdini nie mieli wystarczającej siły przebicia żeby mnie poruszyć w odpowiednim stopniu (ten pierwszy miał ją na poziomie wielokrotnie przewyższającym dopuszczalne normy, stanowiąc motor wciąż nie dokończonego rozdziału). Gdy gdzieś w komentarzu na Joggerze (niestety nie udało mi się znaleźć autora i miejsca) przeczytałem że Nie mam ust, a muszę krzyczeć Ellisona jest jednym z najbardziej pesymistycznych i brutalnych opowiadań w historii literatury, nie potrzebowałem dalszych rekomendacji. Wypożyczyłem jedyną książkę sygnowaną tym nazwiskiem z uniwersyteckiej biblioteki z nadzieją, że znajdę w niej to opowiadanie. Znalazłem.
Tomik Ptak Śmierci jest, o ile wierzyć tylnej okładce, unikalny w skali świata. Bowiem nigdzie indziej nie wydano kompilacji jedynie nagrodzonych opowiadań autora, a konkretniej:
Jakiś czas temu poszerzyłem bloga o specjalną kategorię poświęconą muzyce. Nigdy nie miałem ambicji prowadzić muzycznego bloga (których swego czasu nastąpiła prawdziwa eksplozja — z pamięci mogę wymienić przynajmniej cztery, z czego trzy powstały w mniej więcej tym samym okresie), ale muzyki słuchać lubię i muzyki słucham raczej sporo. Miewałem też chwile, gdy muzyki potrzebowałem; z drugiej strony pewne niezapomniane chwile były efektem słuchania muzyki. Słowem nie mogę powiedzieć bym muzyce podporządkowywał swoje życie, ale zdecydowanie odgrywa ona w nim dość istotną rolę.
Do kategorii tej na początek wpadł opis The Human Equation, jakkolwiek pozbawiony polotu, powstały pod napływem weny. Potem do tejże kategorii — w zamyśle mającej zawierać recenzje poszczególnych albumów — wpadło najnowsze wydawnictwo Arjena, zerojedynka. Ten drugi utrzymał mnie w przekonaniu że pisanie o muzyce jest dość trudne, zwłaszcza gdy nie ma się żadnego przygotowania merytorycznego i ledwie odróżnia gitarę od skrzypiec. Bo w sumie można taką recenzję ograniczyć do jednego zdania: albo coś się podoba albo nie podoba. Potem ewentualnie jeszcze poszerzyć o kilka zdań o tym co się podoba lub nie podoba. Ale generalnie napisać dużo nie potrafię, a pisać krótkich notek nie lubię (co bynajmniej nie stoi w sprzeczności z moimi przymiarkami do aforystyki). Stąd też pomysł recenzji kolejnych albumów zarzuciłem na rzecz końcoworocznych notek zbiorczych, w których opisuję co bardziej mnie interesujące wydawnictwa.
Jednocześnie ciągle czuję nacisk wywierany przez pierwotny zamysł pisania recenzyj, któremu postaram się uczynić zadość pierwszym od ponad roku pełnoprawnym opisem albumu z krwi i kości. Na tapetę wziąłem It's Blitz! Yeah Yeah Yeahs.
Prawdopodobnie niewielu z moich czytelników (bo w ogóle jest ich niewielu) zna głośną historię Kasi Genovese. Stąd też najpierw uraczę tę garstkę przydługim wstępem opisującym tę zdumiewającą historię, by następnie przejść do krótkiej, przesyconej specjalistyczną nomenklaturą esencji wpisu bynajmniej nie mającego mi za złe rażącej dysproporcji pomiędzy rozwlekłością formy a zwięzłością treści.
Generalnie nie oglądam telewizora. Jeżeli już mi się zdarzy, zazwyczaj są to mniej lub bardziej wyrafinowane seriale o zabarwieniu komediowym oraz tele-nowele i -turnieje.
Jeszcze rzadziej niż telewizor oglądam filmy. Jakiekolwiek. Chociaż jak spojrzeć obiektywnie, najczęściej zdarza mi się bajki. Mają on ten niepodważalny walor, że ich nieskomplikowanie nie wymaga przesadnej aktywności od skacowanego umysłu, a głównie w tym stanie drzewiej zdarzało mi się oglądać cokolwiek.
Wracając do meritum, nie tak dawno temu sam byłem berbeciem który z otwartymi ustami wpatrywał się z zachwytem w ruchome obrazki na szklanym ekranie. I dlatego tym wyraźniej dostrzegam różnicę między tym co sam oglądałem a tym co dzisiaj oferuje się latoroślom.
Zwykły wiosenny dzień. Kolejny cud powracającej do życia po zimie przyrody. Bezchmurnego nieba nie mącą najdrobniejsze chmurki, a lekki wietrzyk orzeźwia rozpalone twarze. Zielona trawka, latające motylki i pszczółki radośnie skaczące z kwitnącego kwiatka na kwitnący kwiatek. Co prawda jest żałoba narodowa, niby jest kryzys, ale te smutne wydarzenia wydają się jakby odległe, obce, niedzisiejsze. Matka Natura zdecydowanie nie zaprząta sobie nimi głowy i robi wszystko, żeby i na ludzi spłynęło trochę z jej beztroskiej swawoli zabarwionej nutką niefrasobliwości. Przynajmniej tak wygląda dzisiejszy dzień na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości jednak słońce już niedługo zasłonią atomowe czarne chmury pełne złej nowiny. Wkrótce potem pszczółki przeniosą swe zainteresowanie z kwiatków na ludzi, a najpiękniejsze róże wykształcą najostrzejsze kolce. Zielona trawka ulegnie pustyni, której bezwzględność może zostać przerośnięta tylko przez jej bezkres. Okaleczone, zmaltretowane i wynędzniałe resztki tego, co niegdyś dumnie nazywało się człowiekiem, będzie modliło się do Śmierci aby przyniosła mu ukojenie i zakończyła to, co nikomu nie śniło się w najgorszym koszmarze. Nikt nie będzie pamiętał o motylach.
Czy powyższe wizje są chorą fantasmagorią obłąkanego umysłu, a może niezbyt wyrafinowaną prozą inspirowaną Apokalipsą? Gorzej — są przepowiednią tego co już niedługo stanie się najszczerszą i najbardziej znienawidzoną rzeczywistością; są tym, czego początki i przyczyny obejrzeć można było w wyemitowanym dzisiaj 1666. odcinku telenoweli Klan.
O, wy wielcy przeciwnicy mody! Sądzicie, że działając przeciw niej, wywyższacie się! Nie wiecie wy, że działanie przeciwko jest działaniem na tej samej równinie, tylko w odwrotnym kierunku? Zali nikt wam jeszcze nie powiedział, że oznaką szlachetności nie jest działanie wbrew modzie, ale — niezależnie od niej?
Pięć Wierszy Religijnych jest jednym z wielu wierszy poety Świetlickiego; ukazał się drukiem w tomie Pieśni Profana w 1998 roku. Poza jednym niesamowitym wersem, niczym szczególnym spośród pozostałych dokonań autora się nie wyróżnia. Nie można tego jednak powiedzieć o utworze Pięć Pieśni Religijnych, muzycznej aranżacji wiersza, w niesamowitym wykonaniu formacji The Users. Utwór jest elektryzujący i jednocześnie wspaniale inspirujący, stanowiąc ośrodek przeżycia metafizycznego jakim jest jego odsłuchanie przy odpowiednich warunkach.
Inspirowane daily, dedykowane Adamowi.