Yeah Yeah Yeahs — It's Blitz!
Informacje o wpisie.
Opublikowano 28 kwietnia 2009 o 08:33:21 w kategoriach: Słowo usłyszane.
Jakiś czas temu poszerzyłem bloga o specjalną kategorię poświęconą muzyce. Nigdy nie miałem ambicji prowadzić muzycznego bloga (których swego czasu nastąpiła prawdziwa eksplozja — z pamięci mogę wymienić przynajmniej cztery, z czego trzy powstały w mniej więcej tym samym okresie), ale muzyki słuchać lubię i muzyki słucham raczej sporo. Miewałem też chwile, gdy muzyki potrzebowałem; z drugiej strony pewne niezapomniane chwile były efektem słuchania muzyki. Słowem nie mogę powiedzieć bym muzyce podporządkowywał swoje życie, ale zdecydowanie odgrywa ona w nim dość istotną rolę.
Do kategorii tej na początek wpadł opis The Human Equation, jakkolwiek pozbawiony polotu, powstały pod napływem weny. Potem do tejże kategorii — w zamyśle mającej zawierać recenzje poszczególnych albumów — wpadło najnowsze wydawnictwo Arjena, zerojedynka. Ten drugi utrzymał mnie w przekonaniu że pisanie o muzyce jest dość trudne, zwłaszcza gdy nie ma się żadnego przygotowania merytorycznego i ledwie odróżnia gitarę od skrzypiec. Bo w sumie można taką recenzję ograniczyć do jednego zdania: albo coś się podoba albo nie podoba. Potem ewentualnie jeszcze poszerzyć o kilka zdań o tym co się podoba lub nie podoba. Ale generalnie napisać dużo nie potrafię, a pisać krótkich notek nie lubię (co bynajmniej nie stoi w sprzeczności z moimi przymiarkami do aforystyki). Stąd też pomysł recenzji kolejnych albumów zarzuciłem na rzecz końcoworocznych notek zbiorczych, w których opisuję co bardziej mnie interesujące wydawnictwa.
Jednocześnie ciągle czuję nacisk wywierany przez pierwotny zamysł pisania recenzyj, któremu postaram się uczynić zadość pierwszym od ponad roku pełnoprawnym opisem albumu z krwi i kości. Na tapetę wziąłem It's Blitz! Yeah Yeah Yeahs.
(Przedstawienia kapeli nie będzie. Kto chce, niech sobie poczyta na Wikipedii.)
Wielkim fanem YYYs nigdy nie byłem. Nie to żeby mi się nie podobali, bo całkiem ich lubiłem, ale dźwięk głosu pani Orzolek nigdy nie wzbudził u mnie erekcji. Mimo to na nowy album, którego premierę kilkukrotnie przekładano, wyczekiwałem z pewną dozą niecierpliwości. Nie dlatego że to mocna dawka porządnej muzyki. Dlatego że dwie wspaniałe kapele, The Killers i Franz Ferdinand, w najnowszych wydawnictwach odwaliły taką chałę, że uszy więdną. Więc YYYs, obok budzących coraz większe wątpliwości Maxïmo Park oraz The Rakes, którzy nie mają i nigdy nie mieli szans osiągnięcia mainstreamowego sukcesu, zostało właściwie jedyną formacją co do której można było mieć nadzieję że kopnie w głośnik, podkręci woluma na full i pokaże światu, że są jeszcze ludzie którzy potrafią grać na gitarze (gdyby ktoś miał w tym miejscu ochotę wspomnieć o Arctic Monkeys, to niech przemyśli sprawę trzykrotnie a potem zamknie przeglądarkę).
Pełen wątpliwości, drżącymi rękoma rozpakowałem (o tak, rozpakowałem to dobre słowo) płytę. Album otwiera singiel zero, którego zwłaszcza początek zawiera... elektronikę. Tak, kurwa, elektronikę! Nie to żebym miał coś przeciwko dźwiękom z syntezatora. Co kto lubi. W sumie nawet przepadam za tą w wydaniu skandynawskim. Tylko, do diabła, skąd ta cholerna moda? Niegdyś cudowne Architecture in Helsinki, Cookies of Death, wspomniani Killersi i Franciszek Ferdynand. Z samej tej czwórki, tylko Polakom udało się elektronikę dobrze połączyć ze starym gitarowym graniem i zrobić coś, czego da się słuchać. W pozostałych przypadkach był to — moim nieskromnym zdaniem — totalnie chybiony ruch. I o ile nad Amerykanami i Brytyjczykami wciąż może czuwać dobry duch który sprowadzi ich na cnotliwą drogę, o tyle Australijczycy wydają się być już kompletnie straceni. Ja rozumiem że nie można stać w miejscu, że każdy chce się rozwijać. Tylko, do stu tysięcy szatanów, nie można tego robić w już określonych ramach? Jasne, fajnie by było wzrosnąć ponad siebie i porozdzierać przyklejone etykiety, ale czy kirunek rozwoju musi być totalnym zaprzeczeniem poprzednich dokonań? Nie da się czegoś wartościowego zbudować na solidnym fundamencie wypracowanego wizerunku, zwłaszcza gdy jest on pozytywny? Jak widzę napis The Killers to chcę słyszeć Killersów, a nie jakieś cholerne disco polo!
Ale wracając do nowojorczyków, którym miał być poświęcony ten wpis. Nie zraziłem się pierwszym, zwiastującym najgorsze, wrażeniem i przesłuchałem album do końca. A potem znowu. A potem jeszcze Show Your Bones, żeby mieć porównanie. I jeszcze pierwszy album, w tym samym celu. A potem znowu tegoroczne wydawnictwo. I tak jakoś wyszło, że przez tydzień od premiery z moich głośników ledwie kilkukrotnie dało się usłyszeć coś, co nie było Yeah Yeah Yeahs.
Kolejne kawałki co prawda nie oferują czystego gitarowego grania do rytmu wybijanego przez perkusję, ale trzeba przyznać że elementy elektroniczne są subtelne. Zdecydowanie subtelniejsze niż u CKOD, którzy przecież na syntezatorze oparli całą płytę. Odetchnąłem z ulgą gdy przekonałem się, że YYYs zdecydowali się uzupełnić swój stary styl o nowe składniki, zamiast całkowicie go odrzucać.
Żeby nie mówić ogólnikami, co oferuje album? Melancholijnie-patetyczną mieszankę w skeletons, mocne kopnięcie w dull life, wolniejsze ale niepozbawione wartości runaway (mój osobisty faworyt) czy — nie wiedzieć czemu — kojarzące mi się z balladami śpiewanymi przy ognisku hysteric. To takie kilka tytułów z dziesiątki zapisanej na płycie.
Pod jednym względem It's Blitz! przypomina mi drugi album Killersów. Z jednej strony jest bardzo dobry, a z drugiej gdy nadchodzi potrzeba wymienienia jakiegoś tytułu, człowiek musi się długo zastanawiać lub dopomóc ściągawką. Właściwie żaden z utworów nie wybija się spośród pozostałych, co bynajmniej nie jest wadą — płyta jest równa, spójna i jakiego jeszcze przymiotnika można by tu użyć.
Chociaż brzmi to patetycznie i jest na wyrost, YYYs pokazali że w wszechogarniającym świńskim pędzie do syntezatorów można je wykorzystać nie tylko z głową, ale i dobrze scalić z już wypracowanym stylem. Może nie jest to album najlepszy w historii grupy, z pewnością nie przypadnie mu laur płyty roku, ale wspomniani w tekście wykonawcy powinni brać z niego przykład. Dobry kawał solidnej muzyki która nie zawiodła pokładanych w niej nadziei.
(Warto jeszcze wspomnieć, że wersja deluxe zawiera akustyczne wersje czterech kompozycji, bardzo ładnie komponujące się z resztą.)
Komentarze
dla mnie ta równość jest jednak wadą. na pierwszej płycie były kawałki, które opuszczałam, ale były też takie proszące się, wręcz błagające o repeat po wielokroć (PIN!). i brak takich właśnie utworów doskwiera mi tu jak cholera. choć chciałabym usłyszeć materiał z it’s blitz na żywo… (rozmarzyłam się).
Hm, wersje deluxe? Moim zdaniem tego rodzaju edycje kryją pewną pazerność – tak jak supermarketowe gratisy.
Czy ja wiem? Wg mnie pazerność miałaby miejsce, gdyby produkt nie-deluxe nie miał pełnej wartości. Tymczasem wersja deluxe jest wersją poszerzoną, przeznaczoną dla ludzi którzy chcą wydać więcej pieniędzy na coś, czego w innym przypadku by nie mieli, ale co jest jedynie dodatkiem i nie stanowi esencji prduktu. YYYs dodali kilka remixów (to nawet nie są nowe utwory!), Gaba Kulka do nowego wydawnictwa dorzuca koszulkę, a Arjen z zerojedynką dał osobną płytkę DVD: z teledyskiem, filmikiem making of i chyba czymś tam jeszcze. Generalnie nie są to rzeczy za które postronni ludzie skłonni byliby płacić; za to fani z chęcią wyskoczą z kilku dodatkowych złotówek żeby polansować się jacy są trÓ. Wydaje mi się że dla nich wartość emocjonalna przewyższa różnicę cen poszczególnych wydań.