Dlaczego Łubudubuntu sssie na maksa
Informacje o wpisie.
Opublikowano 03 czerwca 2009 o 09:22:00 w kategoriach: Miniblog, Ogólne, Zerojedynka.
Tak mi się złożyło, że musiałem do szkoły przygotować prezentację o Linuksie. Audytorium była klasa, czyli ludzie którzy mają wiele różnych przymiotów, a prócz tego życia prywatne, więc „informatykamy” nie są. Ot tacy zwykli użytkownicy — posłuchać muzyki, poklikać na gjegje, przejrzeć Pudelka, napisać jakiś tekst i tym podobne. Słowem — ludzie którzy mogą używać Linuksa, bo właściwie nie robią niczego czego Linux nie pozwoliłby im zrobić równie łatwo co Windows.
Przygotowując się do prezentacji, stwierdziłem że najlepiej będzie tego Linuksa im po prostu pokazać. Po co mówić że w Linuksie da się napisać tekst „w Wordzie”, skoro można pokazać Writera? Po co mówić że na Linuksie da się oglądać filmy, skoro można pokazać Linuksa odtwarzającego film? Zachwycony swoim pomysłem, od razu sięgnąłem po Ubuntu 8.10 (które dostałem na Release Party w listopadzie ubiegłego roku) i je odpaliłem.
Kiedyś gdy tacie zainstalowałem Kubuntu (6.x, nie pamiętam już), czas ładowania systemu skutecznie go zniechęcił. Zarzut taki trudno postawić przed LiveCD, gdyż z definicji wersja taka potrzebuje dużo czasu do uzyskania poziomu pełnej używalności. Nie przejąłem się więc specjalnie koniecznością długiego oczekiwania.
Po ostatecznym uruchomieniu systemu nie bardzo wiedziałem za co się zabrać. Po chwili namysłu stwierdziłem że na dobry początek pójdzie Compiz, którego de facto nigdy nie używałem, a o którego prezentację poprosił mnie nauczyciel. W Pomocy szybko dowiedziałem się gdzie rezydują ustawienia Compiza, więc niezwłocznie skierowałem tam swoje kroki. Po to tylko, by... zobaczyć trzyelementową listę pozwalającą mi określić jak bardzo zaawansowanych funkcji chcę używać. Olałem i wróciłem do Pomocy. Tam, kilka stron dalej, wreszcie dowiedziałem się że więcej informacji uzyskam na stronie domowej projektu. W tym miejscu kończy się prolog a zaczyna pierwszy akt tragedii.
Sieci oczywiście nie miałem, ale nie niepokoiło mnie to zbytnio. W domu i tak nigdy nie używałem DHCP, więc niezbyt mnie zmartwiło że i tym razem sieć nie zaczęła działać „ot tak” (gwoli wyjaśnienia: w miejscu gdzie aktualnie mieszkam DHCP jest i ma się dobrze). Wcześniej spisałem sobie wszelkie dane niezbędne do połączenia z Internetem, więc teraz wystarczyło je wklepać do systemu. Akurat kiedyś pomagałem koledze przy Ubuntu, więc wiedziałem że muszę korzystać z network menagera. Ładnie wykrył on kartę sieciową i pozwolił mi ją skonfigurować. Wklepałem co trzeba i dumny z siebie kliknąłem OK.
Niepotrzebnie. Sieć i tak nie zaczęła działać. Po trzykrotnym sprawdzeniu czy nigdzie się nie pomyliłem, stwierdziłem że pierdolę te graficzne wynalazki i zrobię to tak jak Linus nakazał. Ponieważ plik /etc/network/interfaces był raczej ubogi w treść, a 30 sekund później porzuciłem pomysł tworzenia go z manem w ręku, po prostu podmontowałem swój dysk Debianowy i go skopiowałem. I /etc/resolv.conf przy okazji.
/etc/init.d/networking restart nie przyniósł spodziewanych efektów. Po poprawieniu identyfikatora karty sieciowej (nie wiedzieć czemu na Debianie jest to eth1, a na Łubudubuntu eth0; komputer ma tylko jedną kartę sieciową) nic się nie zmieniło. Zirytowany wyciągnąłem stare dobre ifconfig. On też nie był w stanie postawić sieci. Bo nie.
Ostatecznie wyszedłem z założenia że podczas prezentacji pewnie i tak nie będę miał sieci (laptop nauczyciela + rzutnik), więc generalnie już jestem w środowisku docelowym. Więc olewając Compiza i sieć, przystąpiłem do dalszej realizacji planu.
Wsadziłem pędraka z przygotowanymi multimediami z zamiarem ich uruchomienia. Na dobry początek wrzuciłem film, bo raz że chciałem zobaczyć co tam Ubuntu ma w standardzie (i tak nie używam tego programu, więc wypadało się z nim trochę zapoznać), dwa brałem pod uwagę że podczas prezentacji dźwięk może być niesłyszalny (głośniczki laptopowe). Dwuklik na odpowiednią ikonkę, odpala się Totem i...
„Niestety, chcesz odpalić plik który wymaga użycia Prawnie Zastrzeżonych Kodeków™. Nasz system, ze względu na wymogi Koranu, nie ma takich złych kodeków. Możesz je dociągnąć z neta. Chcesz to zrobić?” (cytat niedokładny bo z pamięci) — krzyknęło okienko taką właśnie treścią wyskoczywszy z nienacka. Bardzo bym chciał zassać te programy, ale niestety Ubuntu nie potrafiło sobie poradzić ze skonfigurowaniem połączenia po zwykłym kabelku ethernetowym, o czym wspominałem wcześniej. Zdesperowany ostatecznie włączyłem mojego Deibiana celem ręcznego zassania odpowiednich paczek z myślą o ich doraźnym doinstalowaniu.
To make a long story short, jak mawiają ortodoksyjni żydzi — po pobraniu połowy repozytorium na pendrive'a, znów uruchomione Ubuntu uświadomiło mi, że nie zassałem libgsm1 i mogę go pocałować w dupę.
Ściągam Minta. A jeśli ktoś powie że Ubuntu jest dobrą dystrybucją dla początkujących, to po prostu pierdolnę. Uważałem ten system za okropny trzy lata temu, i dzisiejsze doświadczenia tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziły.
Komentarze
Nie mogłeś go po prostu zainstalować go na tym pędraku?
No cóż, popieram.
sssie – jak już chcesz się wzorować na mistrzu
No odkryłeś że nie ma czegoś takiego jak przyjazny Linuks. Witamy w rzeczywistości. Ten system nie nadaje się dla nietechnicznych ludzi a mimo ze sam jestem adminem nie chce mi się na swoim biurku z nim bawić, wystarczą serwerowe maszynki, na biurku ma działać nie chce mi się jeszcze u siebie dłubać mam lepsze rzeczy do roboty.
koejny flejmuar? @looki przeczytaj jeszcze raz, sytem nie był instalowany tylko uruchamiany z CD a to duża różnica
ziew… jak sie chce to kazdy system mozna przedstawic w zlym swietle. Byl tu taki jeden co mu wszystko nie dzialalo i nie pasowalo, wzorujesz sie na nim?
Breffa – nie chcę się czepiać, ale od paru wersji Ubuntu nie tylko u Minio nie chce się od tak połączyć z siecią po ethX jeśli nie zainstalowane, a tylko odpalone z liveCD… albo jesteśmy obaj zacofani i nie jesteśmy dość Pr0 by korzystać z Ubuntu „Linux for human beings” [czy jakoś tak]
A wiesz o tym, ze po livecd nie ocenia sie w 100% systemu? Livecd do demo, a nie pelny system z milionem sterow. Zainstaluj system na dysku/penie i zobacz czy dziala. No chyba, ze instalacja jest dla Ciebie za trudna…
Breffa – nie zawsze człowiek może w danej sytuacji zainstalować system, właśnie po to jest LiveCD by go NIE MUSIEĆ instalować, ot chcę zainstalować XP na kontrolerze SATA którego sterowników nie ma system… więc? jak dla mnie oczywistym było kiedyś użycie w celu ściągnięcia tegoż użycie LiveCD… niestety, Ubuntu odpada bo nie połączy się, wybacz, ale ja nie rozumiem po co robić coś – takie ubuLiveCD – tak by nie działało, albo coś dopracowujemy do końca, albo nie udostępniamy ludziom. Zwłaszcza gdy Ubuntu chce być dystrybucją dla szarego, nie znającego się na komputerach, człowieka.
@wikiyu: Dlatego wspomnialem o penie… Bawilem sie livecd na ok 50 roznych komputerach i zawsze wszystko dzialalo, czyli masz Twoja konfiguracja sprzetowa jest malo standardowa i nie wymagaj, by ubuntu kazdy sprzet na dzien dobry obslugiwal poprawnie. Wez lepiej zostan na swoim windowsa, a nie szukaj dziury w calym… Z racji brakow widokow na konstruktywna dyskusje, z mojej strony EOT.
Ubuntu jest bardzo dobrą dystrybucją dla początkujących!
Hahaha witamy freetarda. Linux cacy, wszystko zawsze chodzi, złego słowa powiedziec nie można, jest idealny, stosuje go 99% ludzi tylko badania złe publikują portale… a jak się nie zgadzasz to Micro$$$oft ci płaci!
Breffa… wszystko fajnie ale… na jakim znowu „swoim windowsie”? To że na dysku mam i WinXPSP3 i Debiana [tak, potrafię go skonfigurować] oczywiście przemilczmy, bo po co o tym mówić, lepiej wyśmiać, poza tym od kiedy niestandardowym jest sieciówka zintegrowana w chipsecie NForce4? [ten sam sterownik obsługuje sieciówki od NF1 przez2,3, na bank do czwórki, jak z późniejszymi jest nie wiem – nie używałem]
Looki – oj… zawsze znajdzie się taka odwrotność tristana w komentarzach dot linuksa :P
- Remember when Ubuntu was good? – Ubuntu was never good…
D4 – Ubuntu było dobre podczas rozwoju pierwszej edycji. Dokładniej, gdy skopiowano pakiety debiana i NIC jeszcze nie ruszono w stronę robienia Ubuntu.
chyba looki trafił w sedno
„nie chce mi się na swoim biurku z nim bawić, wystarczą serwerowe maszynki, na biurku ma działać nie chce mi się jeszcze u siebie dłubać mam lepsze rzeczy do roboty.”
bo jeśli ma działać – ludzie wybierają windows. I chyba dlatego stosunek, proporcji Windows/Linux jest taki jaki jest.
Ubuntu obsysa na całej długości. W pełni zgadzam się z tekstem!
pecet: faktycznie. Aż sprawdziłem w webArchive i masz rację. Już poprawiłem. Dzięki za merytoryczny komentarz.
Odnośnie innych komentarzy: Ubuntu ssie. Kropka. Jakoś Mint, o dziwo wzorowany na Ubuntu, potrafi na tym samym komputerze wykryć automatycznie sieć. Empetrójki na nim działają. Filmy odtwarza. I nawet ma flasha. Właśnie to jest dystrybucja którą można dać laikowi żeby zobaczył, że Linux „po prostu działa”.
Dobrą dystrybucją live, która „po prostu działa”, jest Sabayon. Jeśli się nie mylę, pochodzi z Włoch; jest oparty na Gentoo i ma wszystko, co powinien mieć system przeznaczony do zaprezentowania: własnościowe sterowniki, kodeki, playery, bajery, ot tak— odpalasz i jedziesz. Po prostu nie powstał w USA — gdzie pierdnąć nie można, nie sprawdziwszy czy to nie naruszy jakiegoś patentu — więc można było wszystko od razu wrzucić na płytkę. Nawet jest Nexuiz, więc można pokazać młodzieży, że w Linuksie da się postrzelać :D
Jak dotąd, to najlepsza dystrybucja live, z jaką się spotkałem.
Infro: Cenna uwaga. W jakich to-to występuje językach (tj. czy jest po polsku)? No i pytanie, na które odpowiedź powinna być oczywista, ale… ale „to jest linux”. Czy da się to zainstalować na dysku i używać w łatwy sposób, tak, jak wspomniane Ubuntu (pomijając kodeki to naprawdę dobry system dla początkujących, i autor bloga mi świadkiem – z jego wydatną pomocą się spingwiniłem poprzez Ubuntu)?
Jest po polsku, a zainstalować też się da; swoją drogą, ma fajne opcje w menu uruchomieniowym: system live, instalacja, anonimowe przeglądanie internetu, uruchomienie Nexuiza lub Sauerbraten. Swego czasu instalowałem go u siebie, ale pamięŧam że wtedy denerwowało mnie zarządzanie pakietami — no ale ja zdążyłem się przyzwyczaić do openSUSE :) Zawsze możesz ściągnąć obraz i potestować sobie.
Mam pod ręką wolny dysk i trochę czasu na drugiej zmianie, więc aż z ciekawości zainstaluję go sobie jeszcze raz.
Skoro już tak, to czekamy na recenzje. :)
Jeśli chodzi o live – polecam ostatniego Knoppixa, jedyny jak na razie mankament, jaki znalazłęm, to brak najnowszego flasha i youtube nie działa :< ale ładnie okienka wibrują, eksplodują i rozsypują się w klocki xD
Zainstalowałem, pobawiłem się nieco i stwierdzam co następuje:
1. Graficzny instalator prowadzi za rękę. Mankamentem jest to, że nie można sobie wybrać pakietów do zainstalowania; jedyne co mogę, to zaznaczyć/odznaczyć całą grupę (np gry).
2. Zaraz po pierwszym uruchomieniu można pracować. System jest po polsku, choć np. firefox już nie – trzeba szukać pakietu językowego.
3. Sieć działa bezbłędnie. W pracy od razu połączyłem się kablem przez DHCP. W domu mam wifi z szyfrowaniem WPA2: podałem klucz i też połączyłem się bez zbędnych czarów.
4. Pierwszy z brzegu film otworzył się bez pytania o kodeki — tylko kodowanie napisów trzeba zmienić, żeby nie było krzaków zamiast polskich liter.
5. Compiz oczywiście działa, gra i buczy, wystarczy włączyć.
6. No i na koniec ten wielki minus, o którym wspomniałem: menedżer pakietów. Nie wiem, jak dodać jakieś dodatkowe repozytoria. W openSUSE zaznaczam „repozytoria społeczności” i dostaję całą listę do wyboru, tu mogę sobie tylko wpisać na piechotę, jeśli znam adres. Próba znalezienia Psi zwraca 0 wyników, ale już „emerge psi” w konsoli działa. Z kolei „emerge kadu” wypluwa coś takiego:
No i zrób coś, człowieku, szczególnie jeśli jesteś zwykłym klikaczem.
Reasumując:
Sabayon dobrze się sprawdza jako live, gdzie wystarczy uruchomić komputer z płyty i pracować — lub jeśli komuś wystarczy to, co dostanie po zainstalowaniu. Może gdyby trochę nad nim posiedzieć, stałby się bardziej zdatny do użytku. Tzn. poza kulawym zarządzaniem pakietami wszystko jest piękne i pracuje się bardzo wygodnie :P
No i pozostaje pytanie, czego ma używać zwykły klikacz. Małomiękki nauczył ludzi, że wszystko ma się robić samo, no i tak w Windowsie, jak i w Ubuntu teoretycznie „robi się samo”... a praktycznie każdy system wymaga rzucenia paru czarów, tylko w przypadku Windowsa więcej ludzi zna odpowiednie zaklęcia — zawsze można zapytać kolegi.
Ja używam openSUSE 11.1, ale na „pierwszy raz” nie poleciłbym go — chyba że z zestawem informacji, co zrobić po zainstalowaniu żeby działał bluetooth i żeby K3B nie krzyczał że nie znalazł nagrywarki.
No i na koniec:
Myślę, że każda dystrybucja nastawiona na maksymalne uproszczenie konfiguracji, wliczając w to Sabayona i Ubuntu, zacznie sprawiać problemy w sytuacjach „niestandardowych”. Naprawdę lepiej wybrać Debiana, openSUSE, Fedorę czy co tam jeszcze, pogrzebać im w silniku i w efekcie dostać coś, co zawsze działa.
Od czasu do czasu, jak mam możliwość, przeprowadzam sobie tu i ówdzie na własny użytek testy pod hasłem „Ubuntu: Co Działa z Kopa na Tym Sprzęcie”, i generalnie ostatnio nie jest z tym źle.
No i faktycznie, pierwsze, co trzeba zrobić po instalacji, to dopisać Medibuntu i dociągnąć parę rzeczy non-free. Laik sam tego bez żadnych instrukcji nie zrobi.
Ściągam Minta, zobaczymy, z czym to się je. :]
Laik niczego nie zrobi bez instrukcji, a przestaje być laikiem, kiedy zacznie tych instrukcji szukać i zapoznawać się z nimi — że tak sobie pozwolę pofilozofować ;) Zresztą nawet teraz nie zrobisz z kopa czegoś, z czym stykasz się pierwszy raz — tyle że jedni chcą, a inni nie chcą szukać rozwiązań. Najgorzej, że wszyscy (prawie) wierzą w ten mit, że w MS wszystko działa na dzień dobry. Kiedy słyszę, że w jakimś systemie „samo się robi”, przypomina mi się taki kawał:
Zachodzi do urzędu patentowego facet i pokazuje jakieś urządzenie:
— Oto mój wynalazek, automat do golenia. W ten otwór wkłada się twarz, a wewnątrz są dwie brzytwy, które błyskawicznie golą.
— Proszę pana, ale przecież każdy ma inne rysy twarzy!
— Owszem, ale tylko do pierwszego golenia…
Uwielbiam Ubuntu. Zawsze mi wszystko działa. I nawet LiveCD zawsze łączy się z siecią po kabelku. I jest dla początkujących, (prawie) zwykłych użytkowników. Ja takim jestem i jestem zachwycona tym systemem.
Proponuje Ci zostanie na XP – przynajmniej Ci żyłka nie pęknie.
lg21: zdefiniuj „Ci”. Bo myślę że adresat tej wiadomości chciałby wiedzieć, że właśnie do niego jest ona kierowana.
Ci = każda osoba próbująca skonfigurować wszystkie potrzebne jej do działania usługi bez dostępu do Internetu. W wersji 9.04PL kodeki są np. w standardzie.
Compiz ma 3 elementową listę ale w Preferencjach jest Emerald theme manager a do tego fusion-icon i wszystko masz pod ręką.
Po co robić prezentację czegoś, na czym się nie „siedzi” codziennie i nie zna od podstaw?
Dla Ciebie jest oczywiste to, dla kogoś innego to samo będzie problemem i odwrotnie.
pozdrawiam
Ig21 – dlaczego? przeczytaj wpis… nie ma Debiana LiveCD :P
Raczej „dlaczego?”. Dlatego, że mój Fluxbox nie jest szczególnie reprezentacyjny. Co prawda jest dla mnie totalnie funkcjonalny i intuicyjny, przez co nie oddałbym go za nic innego, ale żeby docenić jego zalety trzeba jednak trochę Linuksa znać. A mówiłem do ludzi którzy nigdy wcześniej nie widzieli tego systemu na oczy.
Właśnie ta prezentacja, a raczej przygotowywanie się do niej, uświadomiły mi jedną z wad Linuksa — generalnie jest on trudny do okiełznania w środowiskach bezsieciowych. Raz postawiony będzie działać, ale właśnie postawienie wymaga znacznie większych nakładów pracy. I doraźna instalacja dodatkowego oprogramowania nie jest tak trywialna jak w Windowsach.
Nie ma Debiana live? Proszę bardzo :)
A co do „sieciowości” Linuksa, to moim zdaniem jest to raczej zaleta, niż wada. Równie dobrze można argumentować o wyższości zaprzęgu nad samochodem, bo samochodem nie da się kierować, jeśli nie zatankuje się go czasem :P
O ile jeszcze parę(naście) lat temu dostęp do sieci był rzadkością, to dziś brak dostępu jest ewenementem. Nie powiem, wcale często spotykanym, ale mimo to dziś dostęp do globalnej sieci jest standardem. Dzięki temu mogę sobie zainstalować system z płyty, a potem raz-dwa zaktualizować wszystkie pakiety, albo wprost odpalić komputer z płytki typu net-install i wszystko zassać w najnowszych wersjach. Dzięki temu coś, co parę dni temu było błędem, dziś błędem nie jest. Dzięki temu cały soft mam w paru repozytoriach, a nie na kilkunastu płytach w wersjach sprzed dwóch lat.
Uważasz, że „zaptaszkowanie” paru pozycji w menedżerze pakietów jest trudniejsze, niż wachlowanie płytami i klikanie Dalej? Dla mnie właśnie instalacja w Linuksie jest trywialna.
I ta praca na jakimś etapie musi być włożona; jeśli nie podczas instalacji i konfiguracji, to niestety trzeba będzie pracować nad systemem w trakcie eksploatacji, a to już bywa bardziej kłopotliwe. Ja tam wolę posiedzieć dłużej na początku, a potem mieć już wszystko (no, prawie) z głowy.
Wykorzystywanie sieci jest zaletą. Uzależnienie od niej — wadą. A Linux jest w dużej mierze od sieci uzależniony.
Z kontekstu chyba wynikało, że mówię o środowisku bezsieciowym. I tak — uważam że instalacja dodatkowego oprogramowania na Linuksie jest wtedy trudniejsza. Ponieważ trzeba postawić lokalne repo i zadbać o spełnienie wszystkich zależności dostarczanych pakietów. Żonglowanie płytami i klikanie Dalej jest prostsze.
To prawda, Ubuntu obsysa. Windows również obsysa; najbardziej obsysa OpenSolaris (o jakieś 17,5% bardziej niż Windows); nie ssie tylko MS-DOS w wersji 6.22 z załadowanym HIMEM.SYS. I podkreślam, wszelka merytoryczna dyskusja z tym argumentem nie ma sensu, albowiem ja wiem najlepiej. Podobnie jak autor wpisu ;-]]]
Jeśli mówisz o zupełnej izolacji od sieci, to racja, łatwiej trzymać parę instalek na płytach — ale poza Twoim przypadkiem, gdzie podczas prezentacji nie możesz się podłączyć, jak często spotykasz kompy bez sieci? Jeśli nawet, to zawsze można poradzić sobie z Debianem w wersji 5xDVD i też wszystko masz na płytach.
A uzależnienia od sieci nie cofniesz. Komputery już od dawna są uzależnione od prądu i z tym też nie powalczysz; w środowisku bezprądowym musisz stawiać lokalny agregat i zadbać o dostarczenie paliwa. Wada? Raczej znak czasów. To Windows jest pod tym względem wadliwy, bo wszystkie zależności są dostarczane w instalkach i dzięki temu w systemie funkcjonuje sobie kilkanaście kopii tej samej biblioteki, każda w innej wersji. No ale działa, i sieci nie potrzebuje.
Trzeba było wejść na stronę producenta i ściągnąć najnowszą wersje. LOL
Fajny tekst Minio. Rozwinąłeś skrzydła przez te kilka lat. ;) A pamiętam jak lata temu wpadałem do Waszego ojca mozolnie dłubać przy Amidze i naprawiać to co skutecznie spierdolił. ;) Ciebie pamiętam wiecznie przylepionego do PSX'a czy tam PS2; czułem, że wyrośniesz na geeka ;). Pozdrawiam z Trójmiasta. I do zobaczenia, zapewne prędzej online, niźli w realu czy tam tesko. No i na marginesie Live CD Ubuntu faktycznie obsysa/ssie/chapie dzidę. :-) Btw. najfajniejsze LiveCD jakiego zmuszony byłem użyć do tej pory to Freesbie i rzecz jasna PLD Live.
Co można skutecznie spierdolić przy Amidze? o_O Myślałem, że (o ile nie bierzemy się za przeróbki hardware) ten szesnastobitowiec jest niezniszczalny....
...PLD? Poldek jeszcze w ogóle ma coś do powiedzenia? Huh... o_O Coś przespałem?