Charles Taylor — Etyka Autentyczności
Informacje o wpisie.
Opublikowano 07 października 2009 o 00:12:55 w kategoriach: Słowo przeczytane.
Na wstępie mógłbym napisać że o „Etyce Autentyczności” dowiedziałem się od Petitum. Mógłbym też napisać że ta cienka książeczka leżała na moim biurku przez dwa miesiące tylko po to, bym przeczytał ją w jedno popołudnie. Wreszcie mógłbym napisać kilka słów o autorze i tym traktacie w kontekście szerszej jego twórczości. Ale nie napiszę. W ogóle zrezygnuję ze wstępu i od razu przejdę do właściwej treści wpisu.
Chociaż nie do końca, ponieważ kilka słów o autorze i samej książce jednak napisać muszę. Czy też raczej wyznać, że o Taylorze pierwszy raz usłyszałem od wspomnianej Petitum, i nie mam najmniejszego pojęcia o jego twórczości. Niewiedzę mógłbym przynajmniej częściowo zlikwidować łatwo dostępnymi środkami, jednak nie zdecydowałem się na to. Wszystko to wywołuje szereg konsekwencji które powinny wprost rzutować zarówno na treść, jak i wartość merytoryczną oraz długość tego wpisu. Jak się jednak okazało, przypuszczenie to jest błędne.
Bardzo szybko, gdyż już podczas czytania pierwszych stron, zauważyłem dwie rzeczy, które w sumie da się zamknąć w jednym stwierdzeniu ogólnym. Dotyczyłoby ono mojego miernego przygotowania do lektury tej książki. Już w jej tytule pojawia się „autentyczność”, którą Taylor przejmuje od Trillinga, i którą co prawda opatruje definicją, ale wybiórczą i jak dla mnie niewystarczającą. Notabene, na ile rozumiem to pojęcie, mógłbym je całościowo skrytykować, gdyż to co ma przez nie na myśli autor ma jak najmniej wspólnego z potocznie pojmowaną „autentycznością”, co prowadzi tylko do zamętu. Obawiam się jednak że jest to celowy zabieg, idealnie wpisujący się w konwencje przyjęte przez współczesnych twórców, o których również była łaskawa wspomnieć swego czasu Petitum. Prócz rzeczonej „autentyczności” autor posługuje się szeregiem innych pojęć, z których części nie rozumiem, a część kusi bardzo mądrym brzmieniem.
Kwestia mojej nieznajomości używanej przez autora nomenklatury to jedno. Drugie zaś, że autor idealnie wpasowuje się we współczesny relatywizm z którym polemizuje — ponieważ jego książka jest nad wyraz relacyjna. Jest ona polemiką z poglądami których nie znam wygłaszanych przez nazwiska autorów których nazwiska nic mi nie mówią. To dodatkowo pogłębia moje nieprzygotowanie do jej lektury.
Książka ta jest przerabiana na którymś tam roku kulturoznawstwa. A ja nie dość że nie jestem na którymś tam roku studiów, to jeszcze nie studiuję kulturoznawstwa. Jednak wszystko to, nawet razem wzięte, nie przeszkadza mi w podjęciu polemiki z kilkoma tezami które w tej cieniutkiej książeczce miałem okazję przeczytać.
Najlepiej chyba zacząć od początku, czyli krytyki indywidualizmu. Sam autor we wstępie zaznacza, że jego krytyka nowoczesności zasadza się na trzech filarach, z czego indywidualizm jest tylko aspektem jednego z nich. Nie chodzi więc autorowi o krytykę indywidualizmu jako takiego, a pewnego stanu do którego opacznie pojmowany indywidualizm doprowadził.
W tym miejscu zrobię coś co robię nad wyraz rzadko i co kłóci się z podstawowymi założeniami tego bloga. Otóż po przemyśleniu sprawy doszedłem do wniosku, że ja się z autorem w gruncie rzeczy zgadzam. Moja krytyka dotyczy nie jego tez, ale tez które przytacza by z nimi polemizować. Prowadzi to do sytuacji w której krytykuję coś, co właściwie znam tylko z jednego opracowania (krytycznego, na dodatek). Ale mimo to samo to opracowanie uświadamia mi, że są to poglądy tak ohydne i odpychające, że trudno trzymać język za zębami.
Taylor wychodzi od krytyki współczesnego pojmowania indywidualizmu, który w gruncie rzeczy ma z indywidualizmem jak najmniej wspólnego; więcej z egoizmem i zatomizowaniem. Ostatecznie doprowadza go to do konkluzji, że taka postawa powoduje utratę z pola widzenia szerszych horyzontów. Konsekwencjom tego stanu rzeczy poświęca znaczną część swojej książki, skupiając się głównie na tym, że — jak to ujęła Petitum — jest to strzał w stopę.
Autentyczność jest sama w sobie ideą wolności: wzywa mnie do samodzielnego znalezienia planu mojego życia wbrew zewnętrznym wezwaniom do konformizmu. Oto płaszczyzna kontaktu. Ale to właśnie sprawia, że różnice są tym bardziej złowieszcze. Albowiem idea wolności samostanowienia — w wersji skrajnej — nie uznaje żadnych granic, żadnych faktów które muszę respektować, dokonując autokreatywnych wyborów. (...) jednocześnie wersje te wyniosły antropocentryzm na nowe szczyty: ateizmu i ekologicznej nieodpowiedzialności, które przerosły nawet osiągnięcia kapitalistyczne w tej sferze.
Taylor, Charles. Etyka Autentyczności. Kraków: Wydawnictwo Znak, 2002. s. 68
Nie chodzi jednak o to, czy jest to postawa samodestrukcyjna czy nieodpowiedzialna. Chodzi o to, że programowe oderwanie jednostki od jakiegokolwiek kontekstu w procesie budowania przez nią tożsamości jest po prostu idiotyzmem. Nie ma znaczenia jak brzemienne w skutki to będzie. Trzeba przede wszystkim podkreślić, że jest to pogląd po prostu niezgodny z rzeczywistością. Nowocześni myśliciele mogli przezwyciężyć stanowisku Freuda, który przeceniał rolę dzieciństwa w procesie kształtowania struktury psychicznej. Tylko dlaczego — po raz tysiączny — przezwyciężanie ma być równoznaczne z przyjęciem postawy skrajnie opozycyjnej? (Choć Hegel byłby dumny.)
Przy okazji chciałbym dodać, że ściśle planowana samorealizacja jest poglądem totalnie idiotycznym, dającym się obalić nawet w ramach nowoczesnego nakierowania jednostek na samorealizację; chociaż osobiście krytykę oparłbym o indeterminizm oraz niezamierzone rezultaty. W każdym razie wyjść należy od tego, że samorealizacja oznacza realizowanie ideału wpisanego w każdą jednostkę poprzez jej biologiczne i psychologiczne predestynacje. Biologia ściśle określa w jakich ramach jednostka może się rozwijać, zaś znacznie słabsze predyspozycje psychiczne w jakich powinna. Oczywiście nie pomijam tutaj wpływu społecznego, czy — szerzej — kontekstu kulturowego, ale ich działanie zawsze musi odbywać się w ramach predyspozycji wrodzonych. Należy tutaj jednak podkreślić, że chociaż uwarunkowanie biologiczne jest ścisłe i nieprzekraczalne (skrajny przykład — ślepy od urodzenia nigdy nie będzie dobrym malarzem), pozostawia ono uwarunkowaniom kulturowym i społecznym (czy ogólnie — zewnętrznym) bardzo szerokie pole do działania. Dopiero działanie w ramach mniej określonych i przekraczalnych predyspozycji psychicznych oznacza prawdziwą samorealizację. Takie ujęcie sprawy pozostawia miejsce na kwestię powinności, rynek niewykorzystanych szans i inne — m.in. tłumaczy pozorną absurdalność twierdzenia o niebyciu sobą, na które zwróciłem uwagę podczas czytania Peera Gynta.
Na tej podstawie paradygmat o ściśle planowanej samorealizacji po prostu nie potrafi się utrzymać. Planowanie zakłada tworzenie pewnych punktów które następnie wprowadza się w życie. Tak więc można proces ten podzielić na dwa etapy — pierwszy ustalania planów i drugi — ich realizowania. Istotne jest to, że ten pierwszy zawsze jest wykonywany przy pewnym określonym stopniu samowiedzy, czy też raczej pewnym nieokreślonym stopniu samoniewiedzy. Dodatkowo zawsze dokonuje się w określonym kontekście sytuacyjnym (bez względu na to jak rozległy w czasie on jest). Nie chodzi o to, że moment ustalania planów, a co za tym idzie one same, podporządkowany jest chwilowym zachciankom i afektom. Jednostki przyjmujące ten model z pewnością są na tyle racjonalne, że korzystają z gamy różnych środków — zwłaszcza retrospekcji — w celu uzyskania szerszej perspektywy. Chodzi o to, że ściśle planowana samorealizacja zasadza się na statycznym postrzeganiu jednostki i konsekwentnym realizowaniu założonego planu. Inaczej mówiąc, oznacza ona brnięcie w pewnym kierunku który z perspektywy określonego momentu życiowego wydawał się słuszny. Dodatkowo wprowadzenie ideału konsekwencji powoduje że jednostki skupiają się na realizacji celów, zapominając przy jak chwiejnych podstawach zostały one przyjęte. W szerszej perspektywie rodzi to poczucie zmarnowanego potencjału i straconego życia.
W kwestii semiotycznej dodać można, że nie jest konieczne wspominanie o ścisłym planowaniu
przed samorealizacją
. Już sama realizacja
zakłada wcześniejsze planowanie. Zaś słowo ścisłe
znalazło się w tym zwrocie tylko jako pewien ogranicznik, gdyż powyższej krytyce wymykają się wystarczająco ogólne plany pokroju „realizować własny potencjał” czy „być sobą”. Jednak takie planowanie zasadza się na płynnym postrzeganiu rzeczywistości i ciągłym rewidowaniu konkretnych celów z punktu widzenia aktualnej samowiedzy. Dlatego też ogólne miano „samorealizacji” pozostawiam realizowaniu skonkretyzowanych planów. Chyba nie bez pewnej racji, gdyż mam wrażenie że sami apologeci tego modelu mają na myśli zwłaszcza konsekwentne realizowanie konkretnej ścieżki zawodowej, co zasadza się na właściwym im dość pragmatycznym światopoglądzie. Temu modelowi zaś przeciwstawię, opierając się na nomenklaturze Mojego Ulubionego, „samowzrost”, czyli realny rozwój w ramach przyrodzonych predyspozycji, ostatecznie prowadzący do bycia sobą
.
Wracając jednak do Taylora, któremu w domyśle poświęcona jest ta notka; jednocześnie odchodząc od potulnego zgadzania się z jego tezami i przystępując do krytyki jego poglądów. Krótko: w wielu miejscach przejawia się wątek wolności. Problem zaś w tym, że wolność jako taka — a zwłaszcza wolność woli — nigdzie nie jest dyskutowana; jest po prostu przyjęta jako jeden z filarów na których budowana jest struktura poglądów Taylora — czy, ogólniej, współczesnych twórców. Tymczasem mogłem coś przespać, ale z tego co mi wiadomo wolności nie ma, a już zwłaszcza wolności woli. Nie chodzi o to że tak sobie ukuł Schopenhauer, a pogląd ten jest pokłosiem żółci która pływała w jego żyłach. Stanowisko to jest podtrzymywane przez kolejne odkrycia z dziedziny fizyki molekularnej. Również neurolodzy wiedzą swoje. A gdyby ktoś chciał mi zarzucić że już odrzucono pozytywistyczną mrzonkę o tożsamości zachowań w świecie społecznym i świecie przyrody, to pragnę przypomnieć że odrzucenie to nie poskutkowało przywróceniem do łask wolnej woli, ale przyjęciem indeterminizmu. To że świat jest zbyt skomplikowany by ludzki rozum był w stanie ogarnąć wszystkie czynniki wpływające na zachowania jednostki jeszcze nie znaczy, że każdy najmniejszy ruch palcem nie dokonuje się przy pełnej konieczności i braku innych możliwości.
Odnoszę wrażenie że determinizmu po prostu nie chce się zaakceptować. Spowodowane jest to najprawdopodobniej konsekwencjami jakie wywołałoby przyjęcie tego poglądu przez motłoch. Z jednej strony determinizm — paradoksalnie — wyzwala jednostkę — spod jarzma sumienia i ciężaru odpowiedzialności. Z tym że do pogrzebania sumienia trzeba dojrzeć. Istotnie błędne przekonanie jednostek o ich wolności czynu jest jedynym co trzyma je w ryzach i powstrzymuje anarchię oraz rządy przemocy. Z drugiej zaś strony istnieje niebezpodstawne przekonanie, że determinizm doprowadzi do apatii, zrezygnowania i zwykłej bezczynności. Co dokładnie mam na myśli, wyłożył w § 61 Wędrowca i Jego Cienia Mój Ulubiony.
Jednak niezależnie od tego pozostaje jeszcze jeden problem którego nie będę rozwijał — błędne założenia wcale nie oznaczają pełnej konieczności przyjęcia błędnych wniosków…
o ile wszyscy będą traktowani jednakowo.
Ibidem, s. 54
Ten krótki fragment, nie stanowiący, nawet jednego zdania, jest esencją dłuższego wywodu dotyczącego współczesnego pojmowania sprawiedliwości. Sam Taylor zwraca uwagę na konsekwencje takiego zdefiniowania tego pojęcia, będącego przecież bardzo istotnym elementem światopoglądu. Mówi o tym, że stare pojęcie honoru, dostępnego nielicznym i stanowiącego wyróżnienie, zostało zastąpione pojęciem godności — jakościowo tożsamym, jednak będącej udziałem wszystkich ludzi. O ile nie każdy był honorowy, o tyle każdy ma swoją godność. Dalej Taylor wysnuwa wniosek że prowadzi to do zdewaluowania tego pojęcia. Z wnioskiem tym nie sposób się nie zgodzić, jednak Taylor jest w swych sądach zbyt asekuracyjny, zbyt mało radykalny.
Pojmowanie sprawiedliwości jako traktowania wszystkich jednakowo jest najmniej subtelnym, najbardziej prymitywnym i idiotycznym zdefiniowaniem tego pojęcia. Trzeba być ślepym lub głupim aby nie zauważyć oczywistych różnic między ludźmi. Nie chodzi o to by traktować wszystkich jednakowo. W takim podejściu znajduje się skryty uniwersalizm, tak przecież obcy charakteryzującej się zrelatywizowaniem wszystkiego co tylko da się zrelatywizować współczesności. Istotą jest, by różnice w traktowaniu jednostek wynikały tylko z tych cech, które są od jednostek zależne. Innymi słowy — by zróżnicowanie w traktowaniu jednostek opierało się na statusie nabytym, nie zaś przypisanym. Wątek ten można by rozwinąć, choćby kusząc się o wykazanie przyczyn takiego pojmowania sprawiedliwości, jednak nie jest to odpowiednie ku temu miejsce. Chodzi mi tylko o pokazanie że przedstawione przez Taylora pojmowanie sprawiedliwości jest wypaczone, i jako takie może sprowadzić co najwyżej na manowce.
Na koniec zostawiłem sobie sprawę w której jestem najbardziej kompetentny. Taylor, jak i inni współcześni, nad wyraz chętnie odwołuje się do Nietzschego, prawdopodobnie traktując siebie jako jego duchowego spadkobiercę. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę silnie zarysowane w jego filozofii elementy relatywizmu i indywidualizmu, tak bliskie sercom współczesnych myślicieli. Jednak jestem przekonany że dolałoby Nietzschego gdyby to widział. Wpierw jego poglądy zostały zwulgaryzowane i wypaczone przez nazistów, teraz to samo robią myśliciele którzy z definicji powinni być chociaż trochę bardziej subtelni i wykazujący się zrozumieniem. Ilekroć Taylor powołuje się na to nazwisko, tylekroć mam wrażenie że niezbyt dokładnie zapoznał się z pismami które czasem cytuje.
Idąc za Nietzschem: będę naprawdę wielkim filozofem, jeśli przeformułuję hierarchię wartości. Ale to oznacza przeformułowanie wartości dotyczących ważnych kwestii, a nie zmianę menu u McDonalda
Ibidem, s. 44
Już litościwie pominę tak małostkową sprawę jak wspomniane menu (chociaż celowo je przytaczam — vide chociażby paragraf pierwszy rozdziału Dlaczego jestem taki światły w Ecce Homo). Chodzi mi o pierwszą część drugiego zdania, która jasno daje do zrozumienia że autor tych słów — bez względu na to czy należy go utożsamiać z Taylorem czy nie — zupełnie nie zrozumiał Nietzschego. Przecież przeformułowanie wartości dotyczących ważnych kwestii
oznacza zbudowanie hierarchii wartości patrząc przez pryzmat obecnej hierarchii wartości. Czyli — pozostawienie istniejącej hierarchii wartości, brak zmiany. Oczywiste jest, że ważne kwestie
są w tym zdaniu ważne z bieżącego punktu widzenia, gdyż nie mogą być ważne z nowej perspektywy (raz tautologia, dwa zapętlenie przyczyny i skutku). Zaś przypisanie takiego twierdzenia Nietzschemu jest równoznaczne z deklaracją kiepskiego jego zrozumienia. Przewartościowanie wszystkich wartości polegało na odrzuceniu zastanej hierarchii i zastąpieniu jej zupełnie nową, zbudowaną na zgliszczach starej. I powtórzę to co jest napisane w innym miejscu — zadanie to przerosło Nietzschego; być może przerasta każdego kiedykolwiek żyjącego człowieka.
Nietzsche wiedział że zostanie niezrozumiany przez współczesnych. Pisał dla „filozofów przyszłości” których nadejścia spodziewał się w ciągu stulecia. Po przeszło wieku można śmiało stwierdzić — ci filozofowie przyszłości, którzy by go zrozumieli, w dalszym ciągu nie nadeszli. Pytanie czy kiedykolwiek nadejdą.
Jak wspomniałem we wstępie, tezy znalezione w Etyce Autentyczności są odrażające. Mówiąc krótko, idealnie kondycję ludzką jawiącą się po przeczytaniu tej książeczki wyraża Erich Fromm:
Rozum jednak zdegenerował się w manipulacyjną inteligencję, a indywidualizm w egoizm.
Kondycję z którą pogodzić się nie chcę.
Komentarze
Primo - pojęcie 'autentyczności' (przynajmniej na tyle ile ja to rozumiem) odnosi się do tego, że indywidualizm wg Taylora poprzez zdegenerowanie horyzontów moralnych prowadzi do tego, że każdy posiada swoją własną moralność, które to z kolei rozbicie prowadzi do zaniku moralności (jeżeli każdy ma inną, to nie ma nikt). Autentyczność więc jest czymś społecznie potwierdzonym i przyjętym, system wartości przyjęty n a gruncie historii i tradycji kultury, a indywidualizm poprzez negowanie tej 'grupowości' prowadzi do złej wg. autora kondycji współczesnej moralności. Autentyczność jest czymś opozycyjnym wobec postmodernistycznego 'każdy myśli tak jak chce'.
Secudno - dlatego też, nie obraź się, ale bzdurą kompletną jest przypisywanie Taylora do tego samego nurtu co Nietzsche. Już pewną przesłanka ku temu mogłaby być potępiona przez ciebie definicja sprawiedliwości. Jeżeli każdy powinien być traktowany jednakowo to znaczy, że posiada pewien element wspólny z resztą, a więc istnieje szerzej rozumiana grupa, która ma cechy wspólne. Poza tym dość to kontrowersyjna teza, że traktowanie wszystkich jednakowo jest wypaczone - w kwestiach regulacji prawnych nie mam jej nic do zarzucenia (vide: Polański). Tutaj jednak biegnie granica pomiędzy Nietzschem a Taylorem, dość wyraźna. Taylor jest absolutnie po drugiej stronie rzeki - opowiada się raczej za grupową, odpowiedzialnością niż za jednostkową realizacją (nie używam pojęcia samorealizacja czy jakiegokolwiek innego, by uniknąć drugorzędnego sporu o definicje). I jeszcze - w przytoczonym przez Ciebie cytacie z Nietzschem - ja w nim widziałam ironię ;) Ale w końcu to są tylko interpretacje.
Następnym razem, drogi Miniu, nie omawiaj książki gdy nie do końca jasne jest dla Ciebie pojęcie fundamentalne dla tej książki.
Podtrzymuję wszystko co napisałem: pojęcie „autentyczności” w rozumieniu Taylora/ Trillinga ma się nijak do potocznie rozumianej „autentyczności”. Użycie tego słowa jest po prostu mylące dla czytelnika. (Acz nie wykluczam że winą należy obarczyć tłumacza.)
Jeśli chodzi o Nietzschego — nie tyle Taylor reprezentuje zbliżony doń nurt intelektualny, co odnoszę wrażenie że wielu współczesnych twórców uważa się za kontynuatorów myśli tego pierwszego i chętnie czerpie z niego inspiracje. Co napisałem — u Nietzschego po raz pierwszy pojawiły się tak wyraźnie elementy które stały się charakterystyczne dla naszych czasów.
Równość a jednakowe traktowanie — prawo jest prawem. Wybitne dokonania na polu filmowym nie zwalniają z odpowiedzialności karnej. Ale zgodzisz się chyba że Polański powinien być (i jest) inaczej traktowany niż byle reżyser zaraz po filmówce. Doskonale wiesz że jednostka jest różnie traktowana w zależności od kontekstu w którym się znajduje, zaś istotą tych kontekstów jest ich rozdzielczość — osiągnięcia na jednym polu niekoniecznie przekładają się na profity na innym polu. Ale traktowanie wszystkich jednostek w obrębie jednego konkretnego pola jednakowo jest wg mnie idiotyzmem.
Wreszcie — fakt że czegoś nie zrozumiałem wcale nie przeszkadza mi w napisaniu o tym wpisu na blogu ;) . Zwłaszcza że ten wpis nie traktował o książce Taylora jako takiej, a bardziej przedstawiał kilka przemyśleń do których Taylor mnie zainspirował.