Każdy album oceniony jest w skali trzystopniowej dwukierunkowej (co daje sześć ocen — trochę jak w szkole). Do tego pytajnik jest odpowiedzią spoza skali — znajduje się przy tych albumach, które uznałem za interesujące, ale których nie miałem możliwości przesłuchać.
Małą tradycją tego bloga jest, że 27 grudnia publikuję płytowe podsumowanie roku. Chciałoby się powiedzieć „co roku”, ale to dopiero trzeci taki tekst — lub już, biorąc pod uwagę że jest to najprawdopodobniej najkonsekwentniej realizowane przeze mnie założenie — także w dość szerokich kontekstach.
Utwór Brighter Than A Thousand Suns klasycznej formacji heavy metalowej Iron Maiden zawitał na ich najnowszym, wydanym trzy lata temu, longpleju — A Matter of Life and Death. Ponieważ przez ostatnie kilka dni nie mogłem się od niego oderwać, zdecydowałem się przetłumaczyć i trochę podpoetyzować jego tekst. Poniżej kontrolka z Wrzuty umożliwiająca odsłuchanie tego prawie dziewięciominutowego utworu oraz efekt mojej pracy. Spragnieni tekstu oryginału, znajdą go tu i tu (dostępne w Internecie wersje różnią się w pewnych miejscach, dlatego podaję dwa linki).
Jakiś czas temu poszerzyłem bloga o specjalną kategorię poświęconą muzyce. Nigdy nie miałem ambicji prowadzić muzycznego bloga (których swego czasu nastąpiła prawdziwa eksplozja — z pamięci mogę wymienić przynajmniej cztery, z czego trzy powstały w mniej więcej tym samym okresie), ale muzyki słuchać lubię i muzyki słucham raczej sporo. Miewałem też chwile, gdy muzyki potrzebowałem; z drugiej strony pewne niezapomniane chwile były efektem słuchania muzyki. Słowem nie mogę powiedzieć bym muzyce podporządkowywał swoje życie, ale zdecydowanie odgrywa ona w nim dość istotną rolę.
Do kategorii tej na początek wpadł opis The Human Equation, jakkolwiek pozbawiony polotu, powstały pod napływem weny. Potem do tejże kategorii — w zamyśle mającej zawierać recenzje poszczególnych albumów — wpadło najnowsze wydawnictwo Arjena, zerojedynka. Ten drugi utrzymał mnie w przekonaniu że pisanie o muzyce jest dość trudne, zwłaszcza gdy nie ma się żadnego przygotowania merytorycznego i ledwie odróżnia gitarę od skrzypiec. Bo w sumie można taką recenzję ograniczyć do jednego zdania: albo coś się podoba albo nie podoba. Potem ewentualnie jeszcze poszerzyć o kilka zdań o tym co się podoba lub nie podoba. Ale generalnie napisać dużo nie potrafię, a pisać krótkich notek nie lubię (co bynajmniej nie stoi w sprzeczności z moimi przymiarkami do aforystyki). Stąd też pomysł recenzji kolejnych albumów zarzuciłem na rzecz końcoworocznych notek zbiorczych, w których opisuję co bardziej mnie interesujące wydawnictwa.
Jednocześnie ciągle czuję nacisk wywierany przez pierwotny zamysł pisania recenzyj, któremu postaram się uczynić zadość pierwszym od ponad roku pełnoprawnym opisem albumu z krwi i kości. Na tapetę wziąłem It's Blitz! Yeah Yeah Yeahs.
Pięć Wierszy Religijnych jest jednym z wielu wierszy poety Świetlickiego; ukazał się drukiem w tomie Pieśni Profana w 1998 roku. Poza jednym niesamowitym wersem, niczym szczególnym spośród pozostałych dokonań autora się nie wyróżnia. Nie można tego jednak powiedzieć o utworze Pięć Pieśni Religijnych, muzycznej aranżacji wiersza, w niesamowitym wykonaniu formacji The Users. Utwór jest elektryzujący i jednocześnie wspaniale inspirujący, stanowiąc ośrodek przeżycia metafizycznego jakim jest jego odsłuchanie przy odpowiednich warunkach.
Podobnie jak rok temu, wraz z końcem roku kalendarzowego uzupełniam na blogu braki w kategorii muzycznej. Ponownie albumy ułożone są w kolejności chronologicznej; tym razem jednak zrezygnowałem z konwencji opisywania jedynie albumów znanych mi już wykonawców. Stąd też na tapecie znalazły się debiuty (w tym jeden dosłownie ;) ). Znacznie bogatsza niż w zeszłym roku jest także reprezentacja naszej rodzimej sceny muzycznej. Niestety, ostatnie miesiące roku okazały się być zbyt bogate w warte uwagi wydawnictwa, przez co nie miałem okazji położyć łapek na pierwszych longplejach Radio Bagdad, Pawilonu, Frutti di Mare czy L.U.C.-a. Do tego ostatniego zdecydowanie nie mam szczęścia — w zeszłorocznym zestawieniu zabrakło jego projektu współtworzonego z Rahimem. Prócz wymienionych chciałbym też móc wspomnieć o Contemporary Noise Sextet którzy dorobili się kolejnego albumu i członka w zespole; zdaje się również, że w sklepach nabyć można nowy materiał od ekshibicjonistów z Dick4Dick, który — sądząc po występie na Rafinerii — jest znacznie lepszy od ich debiutu. Ze względu na sentyment powinienem chociaż wspomnieć o longpleju Fokusa. W imię nonkonformizmu nawet nie pisknę o najnowszym materiale od AC/DC.
Tego wszystkiego nie będzie. A co będzie? Zapraszam do lektury.
Na kolejny album Arjena, wydany pod szyldem Ayron, fanom przyszło czekać niecałe 4 lata. Po cudownym The Human Equation, któremu poświęciłem nawet bardzo trywialną notkę, i od którego właściwie zacząłem (trochę ponad pół roku temu) swoją przygodę z uniwersum stworzonym przez duńskiego muzyka, wydany został album o trochę enigmatycznym tytule 01011001. Akurat na Joggerze wszyscy wiedzą, że jest to kod binarny, który odpowiada liczbie 89, ta zaś literze Y w kodzie ASCII. Natomiast osoby zaznajomione z twórczością Arjena natychmiast skojarzyć to powinny z planetą Y, z której wywodzi się znany i lubiany Forever. Odpowiada to podziałowi dwupłytowego (Y i Earth) albumu, którego akcja dzieje się kolejno na planecie Y i Ziemi. Przynajmniej w teorii.
Zbliża się koniec roku kalendarzowego, w związku z czym kolejne blogi zalewane są wpisami podsumowującymi. Jedni napiszą co im w tym roku się osiągnąć udało, a czego – z planowanych lub podjętych rzeczy – nie. Inni napiszą listę rzeczy, które chcieliby osiągnąć w nadchodzącym roku. Ktoś napisze, ile kilogramów i siwych włosów mu przybyło. Wpasowując się w tę konwencję, również ja piszę notkę podsumowującą. Nie będzie jednak osobiście, gdyż zająć chciałbym się albumami, które zostały wydane w powoli upływającym roku. Przyjąłem konwencję pisania o albumach w kolejności chronologicznej i jedynie tych wykonawców, których poprzednie dokonania znałem i od czasu do czasu słuchałem (stąd też na listę nie załapały się: nowy album Sonata Arctica, wcale niezły debiut płytowy [ i ] – Przedpisk –, Homoxymoronomatura, którą przesłuchałem tylko ze względu na sentyment do Paktofoniki, oraz kilka innych, o których po prostu nie mam ochoty pisać). Ostrzegam, że opinie będą krótkie, chaotyczne, tendencyjne i pisane przez pryzmat poprzednich albumów danego wykonawcy. Ale nic to, tragedię czas zacząć.